Książki

Zaginione plemię Sithów #1 - Urwisko

Tytuł orginału: Star Wars - Lost Tribe of the Sith # 1 Precipice
Autor: John Jackson Miller
Tłumaczenie: "Quother"


Bastion Polskich Fanów Star Wars, Stopklatka i tłumacze nie
czerpią żadnych dochodów z opublikowanie poniższych treści.
Tłumaczenie jest wykonane dla fanów, przez fanów




Rozdział 1

5000 lat przed bitwą o Yavin

— Lohjoy! Uruchom cokolwiek! — komandor Korsin zerwał się na nogi i wyciągnął szyję, żeby znaleźć hologram. — Silniki sterujące, system kontroli położenia. Ja zajmę się silnikami manewrowymi!

Statek gwiezdny to broń, ale to załoga czyni tę broń śmiercionośną. Ot, stare kosmiczne powiedzonko: wyświechtane, ale wystarczające, aby przydawać odrobiny autorytetu. Od czasu do czasu Korsin je przywoływał, ale nie dziś. Dowodzony przez niego statek stał się śmiercionośny sam z siebie, a załoga nie mogła nic na to poradzić.

— Nic nie działa, komandorze! — przed oczami mignęła mu przekrzywiona, niewyraźna postać inżyniera o wężowatych włosach. Korsin wiedział, że ze statkiem musi być źle, skoro zawsze wyprostowana niczym struna, zamknięta w sobie samica rasy Ho’Din była wytrącona z równowagi.

— Reaktory wysiadły! Mamy poważne uszkodzenia kadłuba, i na rufie, i na... — Lohjoy wrzasnęła w agonii, kiedy kosmyki jej włosów zajęły się ogniem, a potem zatoczyła się i znikła poza zasięgiem hologramu. Korsin ledwo powstrzymał zaskakujący atak śmiechu. W dawnych czasach, jakieś pół standardowej godziny temu, żartował, że Ho’Dinka jest w połowie drzewem. W chwili, gdy cała maszynownia stała w płomieniach, takie żarty nie były jednak odpowiednie. Kadłub pękł. Po raz kolejny.

Hologram zgasł, a wokół krępego komandora cały czas zapalały się, migały i gasły światełka awaryjne. Korsin opadł na fotel i zacisnął ręce na poręczach. Przynajmniej ten mebel jeszcze działa. — Czy ktoś mnie słyszy? Czy ktoś mnie słyszy? — odpowiedziała mu cisza i odległy zgrzyt metalu.

— Dajcie mi tylko jakiś cel — to był głos oficera artylerii pokładowej, Gloyda, którego zęby lśniły teraz w ciemności. Półuśmieszek na twarzy był pamiątką po dawnym cięciu miecza świetlnego Jedi, które o mały włos nie skróciło Houka o głowę. W związku z tym wydarzeniem poczucie humoru Gloyda, jako jedynego członka załogi statku, dorównywało ostrością poczuciu komandora. Artylerzysta nie znajdował jednak tego dnia zbyt wiele okazji do śmiechu. Korsin wyczytał to w małych oczach draba: jedno ze śmiercią spotkanie wystarczy, kapitanie.

Korsin nie zawracał już sobie głowy spoglądaniem na drugą stronę mostka. Lodowate spojrzenia w tamtą stronę mogłyby zostać opacznie zrozumiane. Nawet teraz, gdy okaleczony „Omen” bezwładnie spadał z orbity.

— Czy ktoś mnie słyszy?

Nawet teraz. Krzaczaste brwi Korsina utworzyły czarną literę V. Co było nie tak? Przysłowie mówiło prawdę. Statek potrzebował załogi zjednoczonej, aby osiągnąć cel — bycie Sithem oznaczało jednak, że trzeba się skupiać na sobie. Każdy chorąży jest dla siebie cesarzem. Każdy błąd rywala jest okazją. — No to okazja się nadarzyła — pomyślał. — Jak ktoś sobie z nią poradzi, to sobie zasiądzie w tym przeklętym kapitańskim fotelu.

Sithowe gry o władze. Teraz nie mają już większego znaczenia, nie w obliczu nieubłaganej siły ciążenia. Korsin ponownie spojrzał przez przedni iluminator. Widoczna wcześniej rozległa błękitna kula zniknęła, a zastąpiły ją światło, gaz i lecący ku górze pył. Pomyślał, że obłok gazu i pyłu pochodził z wnętrza jego własnego statku, który właśnie przegrywał walkę z obcą atmosferą. Czymkolwiek była, „Omen” znajdował się już w uścisku planety. Ostre szarpnięcie i jeszcze więcej krzyków. To już nie potrwa długo.

— Pamiętajcie — krzyknął, patrząc na nich po raz pierwszy od chwili, gdy to wszystko się zaczęło. — Sami chcieliście tu być!


* * *

Zaiste chcieli, przynajmniej większość z nich. „Omen” wydawał się zapewniać odpowiedni transport, gdy flotylla wydobywcza Sithów zbierała się w pobliżu gwiazdy Primus Goluud. Zajmującym miejsce w ładowni oddziałom szturmowym Massassów było wszystko jedno, dokąd są przewożone, zresztą kto mógł wiedzieć, o czym myślą Massassi, o ile w ogóle o czymś myśleli. Wielu mających wybór w tej kwestii, świadomie wybrało jednak podróż „Omenem”.

Saes, kapitan „Posłańca”, był upadłym Jedi, niewiadomą. Nie można było ufać komuś, komu nie ufali Jedi, a oni przecież ufali prawie każdemu. Yaru Korsina załoga znała. Uśmiechający się kapitan, Sith, był rzadkością i zawsze wzbudzał podejrzenia.

Korsin był w tym położeniu już od dwudziestu standardowych lat, ale to wystarczało, aby ci, którzy pod nim służyli, rozgłosili wiadomość, że podróżowanie „Omenem” nie wiązało się z żadnymi problemami. Ale nie tego dnia. Wyładowane po brzegi kryształami lignanu „Posłaniec” i „Omen” miały właśnie odlecieć z Phaegona III na front, gdy nadleciał jakiś myśliwiec Jedi i zaczął testować możliwości obronne floty wydobywczej. Podczas gdy przypominające półksiężyce ostrza wdały się w walkę z intruzem, załoga Korsina poczyniła przygotowania do skoku w nadprzestrzeń. Ochrona ładunku była priorytetem, a jeśli udałoby się im dostarczyć towar zanim zrobiłby to ten zdrajca Jedi, byłby to dodatkowa przyjemność. Piloci ostrzy mogliby przycumować do „Posłańca”.

Tylko coś poszło nie tak. Nagle „Posłańcem” szarpnęło. Potem jeszcze raz. Odczyty dotyczące siostrzanego statku zwariowały i „Posłaniec” zaczął się niebezpiecznie zbliżać do „Omena”. Zanim wybrzmiał sygnał alarmu zbliżeniowego, nawigator „Omena” przytomnie uruchomił hipernapęd. Zrobił to w ostatniej chwili…

… a może nie. Od „Omena” odpadały kolejne elementy. Korsin wiedział, ze zostali trafieni. Czujniki telemetryczne by to zarejestrowały, gdyby takowe posiadali. Statek został zepchnięty z kursu o astronomiczny włos, ale to wystarczyło.

Komandor Korsin nigdy nie miał do czynienia ze studnią grawitacyjną w nadprzestrzeni. Członkowie załogi „Omena” również byli w tej kwestii nowicjuszami. Żeby poznać historię, potrzebny jest jej ocalały świadek. Wyglądało to tak, jakby przestrzeń otworzyła się w pobliżu przelatującego „Omena”, a grawitacja przygniotła kadłub statku tak jakby był wykonany z wosku. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, o ile czas tam w ogóle istniał. Ucieczka była gorszym wyjściem niż walka. Mały trzask i tarcze przestały działać. Grodzie się poddały. A potem zbrojownia.

Zbrojownia eksplodowała. Łatwo to było stwierdzić, patrząc na ziejącą dziurę na spodzie statku. Do wniosku, że stało się to w nadprzestrzeni, można było łatwo dojść: wszak jeszcze żyli. W zwykłej sytuacji granaty, bomby i inne równie pożyteczne rzeczy przewożone na Kirrek przez jego dodatkowy ładunek, Massassów, spowodowałyby efektowny wybuch, który pochłonąłby przy okazji cały statek. Ale zbrojownia po prostu zniknęła razem z pokaźną częścią pokładu rufowego „Omena”. Prawa fizyki w nadprzestrzeni były z definicji nieprzewidywalne: zamiast eksplodować uszkodzony pokład został wciągnięty przez grawitacyjny lej. Korsin wyobraził sobie amunicję wybuchającą w chwili wyjścia z nadprzestrzeni w jakimś miejscu lata świetlne od „Omena”. Dla kogoś mógłby to być bardzo pechowy dzień.

Chwila, moment. Przecież to ja mam pecha.

„Omenem” szarpnęło, gdy wyszedł z nadprzestrzeni. Szaleńczo zwalniający statek leciał precyzyjnie w kierunku niebieskiego bąbla zawieszonego przed jakąś jaskrawą gwiazdą. Czy to ona była źródłem studni grawitacyjnej, która przerwała im podróż w nadprzestrzeni? Nieważne. I tak wszystko wkrótce się skończy. Objęty grawitacyjnym uściskiem „Omen” odbił się od kryształowego oceanu atmosfery, a potem spadanie rozpoczęło się na dobre. Do tej pory zginął już inżynier pokładowy i prawdopodobnie wszyscy pozostali mechanicy, ale mostek nadal wytrzymywał. Nie ma to jak tapańska jakość wykonania, pomyślał Korsin. To prawda, spadali, ale jeszcze nadal żyli.

— Dlaczego jeszcze nie jest martwy? — na wpół zahipnotyzowany strzelającymi na zewnątrz wstęgami ognia — przynajmniej w przypadku tego odbicia „Omen” był zwrócony stępką w dół — Korsin jak przez mgłę rejestrował ostre słowa padające po jego lewej stronie. — Nie powinieneś był skakać — kontynuował przeszywający, młody głos. — Dlaczego jeszcze nie jest martwy?

Komandor Korsin wyprostował się i popatrzył z niedowierzaniem na przyrodniego brata. — Wiem, że nie mówisz tego do mnie.

Devore Korsin wskazał odzianym w rękawiczkę palcem na stojącego za komandorem kulącego się mężczyznę, który wystukiwał daremnie jakieś polecenia na panelu kontrolnym i wyglądał bardzo samotnie. — Ten twój nawigator! Dlaczego jeszcze nie jest martwy?

— Może jest na niewłaściwym pokładzie?

Yaru!

To nie był rzecz jasna dowcip. Boyle Marcom kierował statkami Sithów przez zaułki nadprzestrzeni od mniej więcej połowy rządów Marki Ragnosa. Boyle od lat nie był w najwyższej formie, ale zdaniem Yaru Korsina zawsze warto było mieć przy sobie byłego sternika ze statku ojca. Jednak nie dziś. Cokolwiek tu się teraz wydarzyło, słusznym było winić za to nawigatora. Ale żeby czynić to jeszcze zanim pożar został ugaszony? Ot, cały Devore.

— Zajmiemy się tym później — zdecydował starszy z Korsinów z wysokości fotela dowódcy. — O ile będzie jakieś później.

W oczach Devore’a zabłysł gniew. Zresztą Yaru nie pamiętał, żeby kiedykolwiek dostrzegł tam coś innego. Blady, tyczkowaty Devore w niewielkim stopniu przypominał rumianą i przysadzistą sylwetkę Yaru, podobnie jak mało przypominał wygląd ich ojca. Ale te oczy i to spojrzenie? W tym przypadku wszystko zgadzało się co do joty.

Ich ojciec. Nigdy nie przeżył takiego dnia. Ten stary kosmiczny wyga nigdy nie utracił statku Lordów Sith. Nastoletni Yaru uczył się u boku ojca, aż do dnia, w którym postanowił pójść inną drogą. Dnia, w którym przyjechał Devore. O połowę młodszy od Yaru, brat z matki z innego portu na innej planecie został bez wahania i z otwartymi rękami przyjęty przez starego admirała. Zamiast dowiadywać się, ile jeszcze w galaktyce jego ojciec miał dzieci, które chciałyby rywalizować o stanowiska na mostku, kadet Korsin zgłosił się do Lordów Sith po kolejny przydział. Nie była to błędna decyzja. Po pięciu latach został kapitanem. Po dziesięciu przejął po kapitanie, który był przez wiele lat jego patronem, dowództwo nowo nazwanego statku „Omen”.

Ojcu się to nie podobało. Nigdy nie utracił okrętu Lordów Sithów.

Ale utracił jeden na rzecz syna. Ale teraz tracenie „Omena” stawało się jakby rodzinną tradycją. Wszyscy na mostku, nawet Devore, zrobili wyraźny wydech, gdy widoczne za iluminatorem płomienie zostały zastąpione przez strugi pary. „Omen” dotarł do stratosfery zanim się spalił, a teraz leniwie obracał się niczym spodek w ciężkich od deszczu chmurach. Oczy Korsina zamieniły się w szparki. Woda? A może jest tam i ziemia?

Przerażająca myśl przemknęła nagle przez głowy siedmiu istot znajdujących się na mostku, gdy obserwowały, jak transpastalowy iluminator zaczyna się wybrzuszać i odkształcać: to gazowa planeta! Rozbicie się po spadnięciu z orbity zajmuje sporo czasu, zakładając, że przeżyje się wejście w atmosferę. A ile to trwa, jeśli nie ma powierzchni? Korsin sięgnął bez celu do przełączników w oparciu fotela. „Omen” pęknie i rozpadnie się pod naciskiem gazowych oparów. Wszyscy na mostku podzielali tę myśl i niemal w odpowiedzi iluminator nagle poczerniał. — Wszyscy — rzucił — na ziemię! I złapcie się czegoś… już!

Tym razem go posłuchali. To było do przewidzenia: żeby zachować życie Sithowie zrobią wszystko. Nawet ci. Korsin zacisnął ręce na oparciach fotela, a potem skupił wzrok na cieniu, który szybko zbliżał się do przedniego iluminatora.

Wilgotna masa uderzyła w kadłub. Jakieś patykowate kształty trzasnęły w transpastal, a po chwili znikły z pola widzenia. Komandor mrugnął parę razy. To nie była część statku.

To miało skrzydła.

Zaskoczony Korsin zerwał się z fotela i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku iluminatora. Tym razem to on popełnił błąd. Nadwyrężona w wyniku uderzenia transpastal iluminatora poddała się i w kawałkach odpadła od statku. Uchodzące w ciszy powietrze rzuciło Korsinem na podłogę. Stary Marcom przechylił się i spadł z fotela. Jakimś cudem ocalałe syreny alarmowe cały czas wyły, ale wkrótce zamilkły. Bez namysłu Korsin odetchnął.

— Powietrze! To powietrze!

Walcząc z podmuchem, Devore pierwszy poderwał się na nogi. Wreszcie szczęście zaczęło im dopisywać. Iluminator w większości wyleciał na zewnątrz. W miarę jak ciśnienie w kabinie spadało deszczowy, słony wiatr powoli napływał do wnętrza statku. Korsin samodzielnie, choć z trudem, wrócił na swoje stanowisko.

Dzięki za pomoc, braciszku.

— To tylko odroczenie egzekucji — stwierdził Gloyd. Nadal nie widzieli tego, co znajdowało się pod nimi. Korsin już wykonywał samobójcze loty nurkowe, ale był wtedy pilotem bombowca, a poza tym wiedział, gdzie była ziemia. I że w ogóle była.

Wątpliwości spokojnie przepływały przez głowę komandora, gdy odezwał się Devore.

— Starczy tego — warknął łowca kryształów, z trudem stawiając kroki na rozhuśtanym pokładzie, aby dostać się do fotela brata. — Przejmuję stery!

— Przecież nie działają.

— Jeszcze zobaczymy! — Devore sięgnął ręką do oparcia fotela tylko po to, żeby ugrzęzła w uścisku muskularnej dłoni Korsina. Komandor zacisnął zęby. Nie rób tego. Nie teraz.

Nagle rozległ się krzyk dziecka. Przez moment Korsin spojrzał ze zdziwieniem na Devore’a, a potem odwrócił głowę i dostrzegł stojącą w drzwiach Seelah, która kurczowo ściskała w rękach mały szkarłatny tłumoczek. Dziecko zaczęło płakać.

Seelah miała karnację ciemniejszą niż którykolwiek z braci. Wchodziła w skład zespołu wydobywczego Devore’a. Korsin wiedział też, że była kobietą Devore’a. Tak można by to w najelegantszy sposób ująć. Nie wiedział jednak, która z tych roli była istotniejsza. W chwili obecnej smukła kobieta oparta o framugę drzwi wyglądała jednak kiepsko. Ciasno opatulone dziecko oswobodziło jedną rączkę z fałd materiału i czepiało się jej rozrzuconych, kasztanowych włosów. Seelah wydawała się nie zwracać na to żadnej uwagi.

Na obliczu Devore’a zagościło zaskoczenie. A może irytacja?

— Kazałem wam iść do kapsuł ratunkowych!

Korsin nie dowierzał własnym uszom. Kapsuły ratunkowe były do niczego. Przekonali się o tym jeszcze w przestrzeni kosmicznej, gdy pierwsza z nich zaczepiła o wysięgnik dokujący i eksplodowała jeszcze wewnątrz statku. Nie wiedział, co się stało z pozostałymi, ale szkielet statku był tak uszkodzony, że próba wystrzelenia kolejnych skończyłaby się prawdopodobnie w podobny sposób.

— Ładownia — wydyszała, gdy Devore chwycił ją w ramiona. — Obok naszych kajut.

Wzrok Devore’a powędrował za nią, w górę korytarza.

— Devore, nie możesz iść do kapsuł…

— Zamknij się, Yaru!

— Przestańcie — krzyknęła. — Tam jest ziemia.

Kiedy Devore popatrzył na nią beznamiętnie, nabrała powietrza i zwróciła się do komandora.

Ziemia!

Korsin zrozumiał. Ładownia. Kryształy były w ładowni zabezpieczone przed uszkodzeniami w miejscu, które miało iluminatory wychodzące na dół. Coś jednak było pod tym błękitem. Coś, co dawało szansę przeżycia.

— Lewy silnik zapali — powiedziała z nadzieją.

— Nie — uciął Korsin. Przynajmniej nie wtedy, gdy będziemy próbowali zrobić to z mostka. — Musimy zrobić to ręcznie.

Minął niedomagającego Marcoma i podszedł do prawoburtowego iluminatora, z którego miał widok na rufę. Po obu stronach mieli cztery duże pokrywy wyrzutni torped — półkoliste wieka, które w zależności od zajmowanej przez statek pozycji otwierały się nad lub pod poziomą płaszczyzną lotu. Nigdy nie otwierali tych pokryw w atmosferze, z uwagi na opór powietrza, jaki powodowały. Ta wada konstrukcyjna mogła ich teraz ocalić.

— Gloyd, zadziałają?

— Raz zadziałają. Ale nie mamy zasilania. Będziemy musieli wyrwać bolce, aby otworzyć te pokrywy.

— Nie pójdziemy tam — stwierdził Devore.

Nadal lecieli ze śmiertelną prędkością. Korsin przecisnął się obok brata do lewoburtowego iluminatora.

— Wszyscy na drugą stronę!

Seelah i jeden z członków załogi przemieścili się w pobliże iluminatora z prawej strony. Niechętnie dołączył do nich pełen gniewu Devore. Stojący już samotnie na lewej burcie Korsin położył rękę na zimnym, wilgotnym portalu. Na zewnątrz, parę metrów dalej odnalazł jedną z wielkich, kolistych pokryw oraz małą skrzynkę przymocowaną do jej boku, nie większą niż transmiter. Była mniejsza niż to zapamiętał z inspekcji. Gdzie ten mechanizm? Jest. Ostrożnie sięgnął przez Moc... ostrożnie…

— Górne pokrywy, po obu stronach. Teraz!

Stanowczą myślą Korsin wyrwał bolec. Wielki sworzeń wystrzelił do przodu, a masywna pokrywa wyrzutni zaczęła obracać się na pozostałym zawiasie. Trzęsący się statek wydał z siebie głośny pomruk, gdy wieko osiągnęło docelową pozycję nad górną płaszczyzną „Omena”, niczym prowizoryczna lotka. Korsin niecierpliwie spojrzał za siebie. Wyraz twarzy Seelah upewnił go jednak, że po jej stronie także się udało. Przez moment zastanawiał się, czy to zadziała…

Łup! Z rozdzierającym szarpnięciem, które powaliło na ziemię obsadę mostka, „Omen” przechylił się w dół. Pokrywy nie zwolniły statku na tyle, na ile się spodziewał, ale nie o to chodziło. Teraz przynajmniej widzieli, dokąd lecą i co znajdowało się pod nimi. Gdyby jeszcze tylko te przeklęte chmury zniknęły…

Nagle ją dostrzegł. Ziemia, ale dużo więcej wody. Dużo, dużo więcej. Poszarpane, urwiste szczyty wyrastały z zielonkawej morskiej piany niczym zbudowany ze skał szkielet oświetlony ledwo widocznym nad horyzontem zachodzącym słońcem tej obcej planety. Spadali szybko w noc. Nie było za wiele czasu na podjęcie decyzji…

…ale Korsin już wiedział, że nie było wyboru. Co prawda większa liczba istot przeżyłaby wodowanie, ale i tak nie pożyliby za długo, gdyby ich przełożeni dowiedzieli się, że cenny ładunek znajduje się na dnie jakiegoś nieznanego oceanu. Już lepiej wybierać te kryształy ze szczątków spalonych ciał. Ze zmarszczonymi brwiami rozkazał stojącym po prawej stronie otworzyć pokrywę dolnej wyrzutni.

Tak jak poprzednio gwałtownie szarpnęło, a potem „Omen” przechylił się na lewo i skierował ku groźnemu pasmu górskiemu. Od tyłu statku oderwała się kapsuła ratunkowa i uderzyła prosto w górski grzbiet. Powstały pióropusz ognia zniknął z pola widzenia obecnych na mostku w mgnieniu oka. Torpedyści Gloyda byliby zazdrośni, pomyślał Korsin, potrząsając głową i wydychając przeciągle powietrze. Na rufie ludzie wciąż żyli. Nadal próbowali.

„Omen” minął pokryty śniegiem górski szczyt o niecałe sto metrów. Pod nim otwierała się ciemna masa wody. Jeszcze jedna korekta kursu i skończą się wyrzutnie. Kolejna wystrzelona kapsuła zakreśliła łuk. Dopiero gdy zbliżyła się do powierzchni wody jej pilot, o ile jakiś był, uruchomił silnik.

Kapsuła uderzyła z pełną prędkością w taflę oceanu.

Korsin spojrzał na załogę przez spływający z czoła pot.

— Niezła bomba głębinowa! Nie ma to jak manewry powietrze-woda!

Tym razem nawet Gloyd się nie roześmiał. Gdy komandor zwrócił wzrok w jego stronę, przekonał się, że nie wynikało to z przestrzegania konwenansów, ale z tego, co znajdowało się przed nimi. Jeszcze więcej ostrych górskich szczytów wynurzających się z wody, w tym jeden przeznaczony dla nich. Korsin rzucił się chybotliwie w stronę swojego fotela.

— Wszyscy na stanowiska!

Seelah zataczała się w panice po pokładzie, omal nie gubiąc przy okazji zawodzącego Jariada. Nie miała żadnego stanowiska, żadnego miejsca, które by ją osłoniło. Zaczęła przesuwać się w kierunku Devore’a, który zastygł przy swoim terminalu. Nie było jednak czasu. W jej stronę wyciągnęła się czyjaś ręka. Yaru szarpnął Seelah, popchnął ją za fotel kapitański i zmusił, aby zwinęła się w kucki w pozycji ochronnej.

To działanie kosztowało.

„Omen” uderzył pod kątem w granitowy górski grzbiet. Siła uderzenia rzuciła komandorem Korsinem w kierunku przedniej grodzi, gdzie omal nie nadział się na pozostałości rozbitego iluminatora. Gloyd i Marcom próbowali przyjść mu z pomocą, ale „Omen” jeszcze się nie zatrzymał. Orał kolejne skaliste wzniesienie, spiralnie staczając się w dół. Coś eksplodowało i pozostawiło za statkiem płonące szczątki.

„Omen” przekoziołkował w agonii jeszcze raz, a pokrywy wyrzutni torped, które służyły im za prowizoryczne hamulce, w końcu się odłamały. Statek zsuwał się po zboczu, rzeźbiąc żwirowatą bruzdę w skale i rozrzucając kamienie na wszystkie strony świata. Korsin, z krwawiącym czołem, rozejrzał się w około. Nic. „Omen” nadal ześlizgiwał się w otchłań. Górska skała się kończyła.

Zatrzymaj się. Zatrzymaj się!

Zatrzymaj się!


* * *

Cisza. Korsin zakasłał i otworzył oczy.

Nadal żyli.

— Nie — odezwała się Seelah, która klęczała i przytulała Jariada.

— Już po nas.

„Dzięki tobie” — nie powiedziała tego na głos, ale Korsin wyczuł słowa kierowane do niego przez Moc. Moc była tu jednak zbędna. Jej oczy mówiły wszystko.



(1) 2 3 4


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,60
Liczba: 5

Użytkownik Ocena Data
hawaj27 10 2012-11-19 21:31:12
leonidas1p 10 2011-02-08 22:08:09
Jabba the best 10 2011-01-01 19:56:51
Taikun 10 2010-12-31 18:29:23
luke skywalker961904 8 2011-07-28 19:13:29

Tagi: John Jackson Miller (62) Lost Tribe of the Sith (13) Opowiadanie (oficjalne) (73)

Komentarze (2)

Jak to tłumaczenie ma się do tego Amberowskiego? ;)

Nawet fajne, 10/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.