Forum

Do trzech razy sztuka

Zawsze sobie chciałem założyć bloga. Kiedyś już to nawet zrobiłem, ale po kilku wpisach odechciało mi się. Choć wtedy bardziej zależało mi na moim własnym miejscu w internecie, gdzie będę mógł pisać i nie koniecznie zależało mi na tym, by ktoś to czytał i komentował. Teraz mam okazję pisać tutaj i z chęcią korzystam z tej możliwości. Cieszę się, że mogę pisać na forum, tutaj dzielić się swoimi przemyśleniami, dla mnie jest to bardzo wygodna forma. Czekam, też na blogi StarWars.PL, gdzie chciałbym się skupić już bardziej na tematyce fandomu, co pokryje się z tematyką powstającego serwisu.

Temat mojego wpisu to "Do trzech razy sztuka". I pewnie nie zgadniecie o czym będę pisał... A będę o moich hobby, tych które miałem i te które mam teraz. Tych w które się angażowałem i poświęcałem i sporo czasu były akurat trzy. Z czego ostatnie bardzo udane. Są to oczywiście Gwiezdne Wojny. No dobra, ale od początku.

W 2001 roku w czasie jednej ucieczki z lekcji w liceum wybraliśmy się z kolegami do kafejki internetowej. Zagraliśmy wspólnie w „Unreal Tournament” i Quake 3. Z czasem urywaliśmy się z lekcji coraz częściej i po jakimś okresie zaczęliśmy grać w „Counter-Strike’a”. Wtedy byłą to wersja 1.3. Nieźle nam to wychodziło, byliśmy postrachem okolicy. Wówczas grało się przede wszystkim na LANie bo internet powyżej 64 kilo (modem) był czymś niespotykanym. Trudno porównać tamte czasy do obecnych, gdzie według dyrektywy unijnej najwyższy transfer dostępny darmowo nie może przekraczać 1mb/s, a łącza proponowane przez operatorów internetu coraz bardziej zbliżają się do standardu 10mb/s – czyli dobrego europejskiego poziomu. „Counter-Strike” mną zawładnął, tak po prostu. Grałem dużo w kafejce po lekcjach i w domu z botami – internetu rzecz jasna nie miałem. Powoli dochodziliśmy do nowych wersji CSa, najpierw 1.4 później kultowej 1.5. Studia przerwały moje granie, a szkoda, bo zaczynałem coś tam trafiać. Wyszedłem poza FFA i grałem klanówki. Kilka razy namawiałem szefa swojej kafejki, żeby otworzył mi „knajpę” o nietypowej porze, np: 10 rano w sobotę, żebym mógł mecz rozegrać. To były dobre czasy, miło je wspominam, poznałem wiele ciekawych osób i zrozumiałem jak działają społeczności wewnątrz internetu. Na studiach w końcu doczekałem się stałego dostępu do internetu. Po jednym spotkaniu z klasowymi kolegami postanowiliśmy wrócić do gry w CSa – wtedy już 1.6. Marnie nam to wychodziło, bo poziom przez 2 lata naszej nieobecności wzrósł do tego stopnia, że z średniaków krajowych staliśmy się mięsem na serwerach publicznych. Do tego dochodziły problemy sprzętowe, bo silnik gry cały czas był zmieniany tylko po to, by gracze kupowali coraz lepsze jednostki. To że ciągle byłem w tyle i musiałem mierzyć się ze swoim sprzętem nie dawało mi spokoju. Ale jakoś grałem, co miałem lepszego do roboty? Najlepszy okres spędziłem w ekipie #coders z: rX (attack), fragment (defense), Fanatyk (support) i Donrogalesko (attack), ja byłem liderem i prowadziłem grę. Mieliśmy kilka świetnych meczy z dobrymi średniakami. W ligach nic nie ugrywaliśmy wielkiego, ale na treningach przy maksymalnym skupieniu dawaliśmy nieźle czadu i stawialiśmy opór nawet topowym mixom. Dobre rasze, zgane takty i dobre zrozumienie pozostawiły mi do dzisiaj obrazy akcji rodem z finału CPL Dallas. Nie zawsze się wszystko udawało, ale jak już wychodziło to skutkowało. Potrafiliśmy zaskoczyć, to było najlepsze w tym wszystkim. Po kolejnych miesiącach dałem sobie spokój z grą, sprzętu nowego nie kupowałem i internet 256kb/s składały się na tak zwanego ping-fps@kata (stosunkowo 40/70). W styczniu 2008 odinstalowałem Steam i przez prawie rok byłem poza zasięgiem. Później próbowałem sił w QuakeLive. Grałem z kolegami z Bastionu (pozdro! : - D) i w klanie No Name. Opór z mojej strony był zerowy względem starych wyjadaczy. Nie dogonię ich nigdy, więc nie gram. Ogólnie mówiąc moja przygoda z e-sportem była nieudana. Sportu żadnego nie uprawiałem z taką pasją, ale za to rozumiem na czym polegają takie przymioty jak rywalizacja czy zaangażowanie.

Jeszcze wcześniej zainteresowałem się wrestlimngiem, a konkretnie federacją WWF z The Rockiem, Stone Coldem, Triple H, Mankindem, Undertakerem i kilkoma innymi gwiazdami na czele. Były to lata 90-te. Oglądałem też ECW i mojego ulubionego Sandmana. Wtedy brałem jeszcze wrestling na serio i niezły miałem z tego ubaw. To były najlepsze czasy wrestlingu komercyjnego (przełom milenium). Każe Raw i SmackDown! wnosiły coś nowego i budowały napięcie. Nie miałem wtedy jednak dostępu do gal PPV co totalnie wypaczało sens oglądania gal telewizyjnych. Kiedy zrozumiałem, że czegoś co jest najważniejsze nie mogę zobaczyć przestałem się wrestlingiem jako tako interesować. Kiedy dogryzłem się do internetu nadrobiłem prawie 5 letnie zaległości. Zobaczyłem co się wtedy działo, kot był mistrzem, kto dominował. Ze smutkiem stwierdziłem, że najlepszy rok 2001 mi po prostu uciekł. Już nigdy takiego nie będzie... 80% PPV 2001 roku wgniatało w ziemię. Feudy były prowadzone przez zawodników będących w szczytowej formie. Coś fantastycznego. Szkoda, że Triple H załapał kontuzję bo by w walce z Alliance pomógł WWF. Żeby nie być gołosłownym to w 2001 najważniejszymi momentami było: Royal Rumble Match, walka Stone Colda z Triple H na No Way Out, Wrestlemania X-7 jako całość, później powstanie Two Man Power Trip i ich rozpad, a następnie walka WWF z Alliance i koronujące te zmagania Survivor Series a później kontynuacja wątków na Armageodnie i wyłonienie Niekwestionowanego Mistrza Świata. Teraz wrestling jest za bardzo plastikowy dla mnie. W 2006 i 2007 była totalna kicha. Ale w 2008 WWE się poprawiło i było co oglądać. Momentami był to naprawdę dobry wrestling, nawiązujący do klasyki – i samymi feudami i postaciami i poziomem walk. Teraz na wrestling nie mam czasu, tym bardziej gdy widzę bohaterów młodzieży będących zakałą tej dyscypliny show biznesu. Ograniczyłem się do oglądania PPV, gdzie jest kulminacja napięć i dobrze zmontowany wstęp walk, który w końcu zacząłem oglądać. Czuje się trochę jakbym po 10 latach oglądania ulubionego serialu przestał go śledzić, bo mi się przestał podobać. Wiele osób ma takie odczucia względem Gwiezdnych Wojen, czują się wypaleni bo już ich to uniwersum nie umie cieszyć.

Gwiezdne Wojny znam od dawna. Oglądałem je w TV w latach 90-tych i na VHS. Z kopyta ruszyłem dzięki książkom, które kupowałem w miejscowych księgarniach i Bastionowi, który był moim źródłem informacji o nowościach. Ten fragment pominę, bo pisałem o tym samym w wielu okazjach i omawiałem go w wielu rozmowach. Efekt końcowy jest taki, że dużo o Star Wars piszę i sprawia mi to wielką radość.

Ci którzy wytrwali do tego fragmentu pewnie zastanawiają się o czym ja do cholery opowiadam? Co chcę osiągnąć i po co to piszę? W końcu kogo to interesuje? Jest tyle lepszych rzeczy do robienia niż czytanie 2 stron wypocin idioty. Przedstawiłem wam 3 swoje pasje, z czego jedna była udana i kontynuuję ją do dziś mimo wielu przeszkód. Jest tak chyba dlatego, że Star Wars w odróżnieniu od e-sportu i wrestlingu jest hobby przynoszącym jakieś profity. Nie chodzi o finansowe, bo to jest raczej dołek finansowy lub dziura bez dna bardziej. Ale o to, że czytając te wszystkie książki i komiksy człowiek się czegoś uczy. Na początek zaczyna szybciej czytać, później myśleć w szerszym spektrum a na koniec otwierać się artystycznie. Kolejność może być różna, ale takie są fazy rozwoju fanostwa w nas samych – przynajmniej takie zauważam u ludzi. E-sport i wrestling tego nie dawały. Owszem, nauczyłem się logicznego i sportowego myślenia, ale w porównaniu z tym co dały Gwiezdne Wojny jest to tylko skrawek nowych skillów. Wrestling natomiast jest i będzie czystą rozrywką nic nie wnoszącą. Jeno relaks moi drodzy.

Tam więc, żeby wyjść na człowieka poprzez zabawę najlepiej mieć dobre hobby i unikać zainteresowań non-profit. A to chyba problem naszej młodzieży, głównie tej w wieku gimnazjalnym. Bo to ona daje się porwać magii internetu, portalom społecznościowym i tanim używkom. Kiedyś piło się wino, teraz by zaistnieć w środowisku trzeba iść na całość. Inaczej to robią dziewczyny a inaczej chłopacy. Taki ból rodziców, którzy nie wiedzą jakim Mr Hydem potrafią być ich pociechy na sobotniej dyskotece. Czy można tego uniknąć? Jasne, odpowiedzią jest dobre hobby. Wiele osób na tym forum jest świetnym przykładem tego. A przecież fani Star Wars są tylko ułamkiem ogólnopolskiego fandomu fantastyki. Poza nami też są ludzie, którzy czytają i rozwijają swoje pasje w różny sposób angażując się, czy to na konwentach czy to w internecie przy tworzeniu forów i serwisów tematycznych.

Zadawaliście sobie pytanie co byście robili gdyby nie Gwiezdne Wojny. Ja wielokrotnie. Prawdopodobnie bym więcej czasu spędzał z kieliszkiem, takie były w końcu trendy. Rodzice chętnie inwestowali w moje książki będąc pewnymi, że będę je czytał a nie szlajał się po okolicy z „ludźmi ulicy”. A tak po kilku latach jestem tutaj, na tym forum, piszę tego boga. Nie myślałem, że kiedyś będę w stanie napisać 3 strony bezsensu. Jakoś mi się udało, mama byłaby ze mnie dumna, gdyby widziała „w siedzeniu przy komputerze” coś innego niż ciągłą zabawę. Ale to się zmieni, sama sobie kompa kupiła, internet już ma więc pomęczę ją trochę linkami. Między innymi do tego wpisu. Niech się czegoś o życiu nauczy, przy okazji pozdrawiam Cię mamo! : - D

Innymi dobrymi hobby poza takimi wiadomymi jak sport czy sztuka może być zwykłe słuchanie muzyki. Melomanów w Polsce przecież nie brakuje, ale takich którzy rozumieją przekaz artsty i uczucia jakie ze sobą poszczególny utwór niesie jest niewielu. A dobry przekaz można nawet w tekstach ciężko gających kapel, trzeba tylko umieć wyłuskać z wersów to co ukryte. Swój potencjał zmarował rap stając się komercyjnym produktem wytwórni fonograficznych. Teraz to się zmienia bo moda przeszła a środowisko się przewietrzyło i rap staje mocno na nogi.

A wy znacie jakieś inne profitowe hobby?

W moim odczuciu ostatecznie udało mi się odnaleźć to jedyne hobby, z którym warto nie rozstawać się do końca życia. Tym bardziej, że mnie niezmiernie cieszy jego pogłębianie. Relaks poprzez pracę mi odpowiada i w dodatku spełnia jako człowieka. W końcu można coś dawać a nie tylko brać. Jeżeli Star Wars są tylko waszym non-profit hobby, choć nie wiem czy to jest możliwe, aczkolwiek takich już fanów poznałem więc uważam, że jest to jednak do osiągnięcia, to radzę wam znaleźć sobie jakieś odpowiednie zajęcie, które was rozwinie. To pomaga: w szkole, na studiach, w pracy, w kontaktach międzyludzkich. Naprawdę warto moi drodzy.

Big hail dla wszystkich którzy wytrwali do zakończenia, mi by się nie chciało!

Asia mówi, że ten wpis nie jest wpisem blogu, ale rozdziałem pamiętnika. Nie mogę się nie zgodzić, bo dostanę jeszcze w kły. Z kobietami lepiej nie zadzierać, w szczególności gdy są przekonane, że mają rację! Ale o tym innym razem, ciao 8 - ).

...

Ja jak każdy mam wiele różnych zainteresowań. Od 1997 do teraz interesowałem się wieloma rzeczami, na prawdę trudno mi byłoby je tutaj wszystkie wymienić, ale w sumie to nie o to chodzi..

Przez te wszystkie lata ulegałem modzie na różne rzeczy, bo akurat wszyscy tym się interesowali to ja też muszę, proste. Mimo wszystko Gwiezdne Wojny zawsze były, gdzieś sobie z boku czekały, ale były. Nigdy ich nie porzuciłem, czasem tylko zeszły na dalszy plan bo moje "fanostwo" zmalało. Ale któż z nas nie ma chwil zwątpienia?

A co ja bym robił gdyby Gwiezdne Wojny nie pojawiłyby się w moim życiu? Hmm.. Na pewno nie miałbym chyba podobnego hobby do tego jakie mam teraz, które tak bardzo umila mi czas. Nie poznałbym wielu osób, po prostu moje życie nie miałoby tego kolorytu, które ma teraz.

Trudno jest mi też jednoznacznie stwierdzić, czy bym się gdzieś włóczył z kumplami czy też nie, na szczęście nie muszę się tym martwić bo wiem, że tak nie będzie. Moja mama często mi mówi, że jestem inny niż każdy zwykły człowiek, inny bo mam jakąś pasję w życiu, która sprawia że czuję się szczęśliwy. To są Gwiezdne Wojny.

faktycznie

trochę to chaotyczne, ale czasem tak jest, że trudno wyartykułować pewne myśli, krążą zbyt mocno siebie, trudno wybrać z ciasta bakalię. Hobby, które nas rozwija, które staje się częścią naszego życia, pozwala nam przekraczać pewne granice, bariery, to jest to, co faktycznie jest godne podziwu u wielu osób. Także u nas. Ale ostrożny byłbym w stwierdzeniu, że Wrestling jest zły, a Gwiezdne Wojny dobre. Raczej ująłbym to zupełnie inaczej, coś, co w pewien sposób towarzyszy mi od bardzo wielu lat i co jest pewną kwintesencją twórczości Lucasa (co zresztą sam potwierdzał). Podążanie za marzeniami, umiejętność oderwania się i pójścia dalej, by sprawić, by ziściły się sny. Reszta zależy od człowieka. Jeden zainspirowany Gwiezdnymi Wojnami będzie chciał polecieć do innego układu słonecznego i albo spróbuje coś ku temu zrobić, albo stwierdzi, że to bez sensu i nie zrobi nic. Ten pierwszy się rozwinie, mimo, że obaj nie osiągną celu. Dlatego etap podążania za marzeniami niejednokrotnie jest o wiele ciekawszy, wspanialszy i ważniejszy, niż etap końcowy, gdzie się już realizują. Dla mnie Gwiezdne Wojny są źródłem wielu drobnych marzeń i celów, które de facto mnie zmieniły. Nie wszystkie udało się osiągnąć, nie wszystkie chciałem zdobywać, do wielu niejako mnie przymusiły okoliczności. Ale to wszystko to wspaniałe doświadczenie. Przekraczanie barier, jak w 1999 wyjazd na "Mroczne Widmo" do Wielkiej Brytanii, wtedy gdy na wjeździe potrafili zawracać wielu turystów, bojąc się, że ktoś u nich zostanie. I z autokaru zawrócono parę osób. Ja powiedziałem prawdę, nie bałem się celnikowi powiedzieć, po co przyjeżdżam i spotkało się to ze zrozumieniem. Ot dwudziestolatek, który realizuje wymarzone wakacje swojego życia. Wtedy wydawało się to największą, gwiezdno-wojenną przygodą życia, której się szybko nie pobije. W ciągu ostatniej dekady jednak wydarzeń, które były kolejnymi wyzwaniami, marzeniami znalazło się dużo więcej. W 1999 nie byłem w stanie ich przewidzieć, a wiele z nich zdawało się całkowicie nierealnych. Gdyby mi ktoś powiedział, ile uda się zrobić - powiedziałbym, że sobie żartuje, bo to niemożliwe. A jednak, kolejne kroczki, kolejne lata i wszystko jakoś idzie, a mnie pozostają w pamięci niesamowite wspomnienia, które ukazują ile można osiągnąć gdy się tylko chce. I ludzie, którzy zdecydowali się uczestniczyć w tym szaleństwie. Ja swoje kolejne wyzwanie już mam i czekam aż uda się zrealizować . Natomiast to świadczy tyle, że to hobby - jakim są Gwiezdne Wojny, to pewien potencjał pomysłów, którymi można się zarazić. Trzeba tylko chcieć. Pomysły same z siebie się nie biorą. A potem starannie zabrać się za mozolny etap realizacji i pójść dalej. I dalej. Aż za horyzont.

A co do pamiętnika - to nim właśnie był kiedyś w zamierzeniu blog - zwłaszcza gdy sam swojego pierwszego (wciąż istniejącego) zakładałem.
Jednej rzeczy o której pisałeś Ci zazdroszczę. Natomiast do całej reszty podejdę w pewien sposób polemicznie - uważam, że każde hobby ma potencjał, byś mógł się rozwinąć. Tylko nie w każde chce Ci się tak mocno angażować, by zobaczyć ten potencjał. Także w tych, które wymieniłeś.

:D

To nie jest tak, że moje poprzednie wielkie hobby nie nauczyły mnie niczego. Jednak coś tam wyciągnąłem z siedzenia przed komputerem i grania z rówieśnikami. Po pierwsze to myślenie taktyczne, dostrzegłem w końcu w graniu coś więcej niż strzelanie do wyimaginowanego przeciwnika. I nie chodzi tutaj tylko o CSa, ale o wszystkie gry multiplayer. Po drugiej stronie kabla jest przeciwnik, i żeby wygrać trzeba go przechytrzyć, zrobić coś czego się nie spodziewa, przewyższyć go skillem. Albo zrozumieć swoją porażkę, błędy i pomyłki, naprawić je i w przyszłości ich nie popełniać. Tylko ja to wszystko zrozumiałem dość szybko, przez co czuje straszny niedosyt i dalsze lata grania były bardziej męczarnią niż kolejnymi lekcjami. Gwiezdne Wojny pod tym względem są o wiele lepsze.

Przeczytałam całość,

choć przyznam szczerze, że niektórych fragmentów nie rozumiałam, zbyt duże tam było zagęszczenie obco brzmiących terminów Ale o co Ci chodzi w ogóle to zrozumiałam :]

W sumie to bardzo się z Tobą zgadzam, bo również widzę dziesiątki profitów, które wyciągnęłam z Gwiezdnych Wojen. Zresztą swego czasu założyłam na ten temat topic: [url] b.php?nr=183940[/url]. To zainteresowanie, hobby rozwinęło mnie bardzo w wielu kierunkach.

Muszę przyznać, że nie raz myślałam nad tym co bym robiła gdyby nie SW. Moje życie na pewno wyglądałoby inaczej, Gwiezdne Wojny są jego istotnym elementem już tak długo, że aż trudno mi sobie to wyobrazić. Cóż, pewnie poświęcałabym więcej czasu innym zainteresowaniom, które SW zepchnęło przez lata na boczny tor. Myślę, że i tak prędzej czy później trafiłabym na konwenty, ale raczej z ramienia fantastyki, w którą zapewne mocniej bym weszła. Myślę, że bardziej zajmowałabym się ekologią i własną twórczością (kurde, może powinnam rzucić SW?). Ale to co robi na mnie wrażenie, to myśl o tym, że mogłabym nie spotkać tak wielu osób, niekiedy bardzo dla mnie ważnych. Straszne Myślę, że moje życie byłoby trochę mniej ciekawe, spokojniejsze. No i nie byłoby w moim życiu Bastionu Polskich Fanów SW i, co tu dużo mówić, Was.

Co do innych zainteresowań, to muszę przyznać, że ostatnimi czasy SW je trochę stłamsiły, ale zaczynają wracać do głosu I one wszystkie też coś mi tam dają, ale nie tyle co Gwiezdne Wojny.

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.