Przebudzenie Mocy

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”: Okiem redakcji: Plusy siódmego epizodu

39



Wczoraj przedstawiliśmy największe naszym zdaniem wady „Przebudzenia Mocy”. Ale zawsze jest też druga strona medalu i istnieje wiele rzeczy, które sprawiają, że siódma część Sagi jest filmem bardzo dobrym, docenionym zarówno przez krytyków, jak i fanów. Dzisiaj zatem prezentujemy wszystko to, co z TFA nam się najlepiej kojarzy.

Powrót sagi do kin



Kasis
Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w byciu fanem „Star Wars” jest czekanie na nowy film „Star Wars”. I po latach przerwy, wielokrotnie przekonywani, że nowych epizodów już nie będzie, znowu mogliśmy to przeżywać (lub po raz pierwszy w przypadku fanów, z krótszym stażem). „Gwiezdne Wojny” znów były wszędzie dookoła. Mijały kolejne miesiące, a nowe materiały promocyjne i zwiastuny podgrzewały atmosferę. I nawet jeśli do głosu dochodziły też obawy, to dla wielu z nas był to radosny czas, dobry czas na bycie fanem tego uniwersum.

Lord Bart
Chyba mój największy ogólny problem tej produkcji. Ja przywykłem do pierwotnego zdania Papcia Lucasa, że SW to skończona historia Dartha Vadera. Sześć filmów i koniec. W ogóle mi to nie przeszkadzało. A potem zobaczyłem TFA takim jakie jest i… tak, SW to skończona historia Vadera, powinna pozostać w oryginalnej formie, bez „epizodowania” w nieskończoność.

Lord Sidious
Czego by nie mówić, „Gwiezdne Wojny” wróciły do kin. Zmiotły całą konkurencję. I w przypadku „Przebudzenia Mocy” udało się zachować jeszcze tą wyjątkowość. To było wydarzenie.

Qel Asim
Po 33 latach fani „Star Wars” na całym świecie doczekali się kontynuacji Oryginalnej Trylogii - trzech filmów, które na zawsze zmieniły obraz kinematografii. Pomimo wcześniejszego upragnionego ukazania się Trylogii Prequeli oraz kinowego pilota serialu „Star Wars: The Clone Wars”, to właśnie Epizod VII był bardziej wyczekiwanym filmem dla kilku pokoleń fanów. Wielu chciało ponownie zobaczyć tzw. wielką trójkę i dowiedzieć jak potoczyły się losy ich oraz galaktyki, o której wolność walczyli. Dzień ogłoszenia, w którym obwieszczono światu powstanie kolejnego epizodu Sagi rodu Skywalkerów, był dla wielu nową nadzieją, by marzenie o kolejnym filmie mogło się ziścić, zaś dzień premiery „Przebudzenia Mocy”, dniem spełnienia marzeń i powrotu Mocy.

ShaakTi1138
Dla wielu z nas najważniejsze, co wiązało się z „Przebudzeniem Mocy", to powrót Sagi do kin. Jaki film by nie był - lepszy czy gorszy, nie miało to większego znaczenia. Minęło ponad dziesięć lat odkąd mogliśmy zasiąść w ciemnej sali, otoczeni przez rodzinę czy znajomych i przeżywać emocje o wiele większe, niż przed telewizorem w domu. Nie zapominajmy o niesamowitej atmosferze kin - zapachu popcornu, gwarze podekscytowanych rozmów przed seansem i jeszcze większym wybuchu emocji po nim, gdy nareszcie mogliśmy podzielić się wrażeniami i teoriami. Tego nie da się nigdzie skopiować.

Powrót klasycznych bohaterów przy jednoczesnym postawieniu na nowych



Kasis
Osobiście podczas seansu cieszyły mnie zarówno nowe postacie, jak i te znane od lat. Świetnie było zobaczyć znów na ekranie Leię, Hana, Chewbaccę, Luke’a i droidy (nawet jeśli niektórych zaledwie przez moment). Przez tyle lat mogliśmy śledzić jak starzeją się właściwie tylko na kartach powieści, a teraz znów ożyli. Natomiast nowa gwardia, jak na razie jest całkiem udanym zastępstwem. Pod wieloma względami są to postacie podobne do tych, które już znamy, ale jednak każdy z nich wprowadza coś nowego do epizodów. Z niecierpliwością czekam na to, jak ci bohaterowie zostaną rozwinięci w następnych częściach. Nawet (a może zwłaszcza?) Kylo Ren.

Lord Sidious
Możliwość zobaczenia Hana Solo, księżniczki Lei czy Luke’a Skywalkera po latach na wielkim ekranie to coś niesamowitego. Już sam zwiastun, w którym Han mówi o powrocie do domu, niejednego z nas wzruszył. Film daje jeszcze więcej z tych wspaniałych uczuć. Ale jednocześnie patrząc na Hana uciekającego przed rathtarem, wiemy, że to nie jest ten Solo, którego chcemy oglądać. Rola mentorów, postaci tła czy dziedzictwa to chyba najlepsze, jak można do nich podejść.

Jednocześnie nowi bohaterowie istnieją w tym filmie. Są inni, świeży. Strachliwy BB-8, przerażony Finn, zagubiona Rey i zawadiacki Poe. Każde z nich musi odnaleźć swoją drogę, zaś nasi bohaterowie z klasycznej trylogii pomogą im trochę, ale to już nie jest film o nich.

Qel Asim
Starzy bohaterowie ukazani są z godnością na tle młodych. Osoba Luke’a Skywalkera, chociaż jest głównym katalizatorem ukazanych wydarzeń, nie odgrywa w filmie znaczącej roli. Luke jest postacią bardzo ważną, lecz niewidoczną, jego obraz ma dopiero zostać dopełniony, co pozostawia niedosyt jego osoby i chęć zobaczenia więcej. Jego rola to forma przystawki, zachęty do dania głównego, które ma dopiero nastąpić. Kolejna osoba, czyli jego siostra Leia Organa, ma już swoje dni chwały za sobą. Potencjalna przedstawicielka rządu Nowej Republiki, wciąż żyje po staremu - w nieustannej rebelii wobec nieprawości, jako generał Ruchu Oporu zamiast nieistniejącego już Sojuszu. Jest jak tradycyjny przysmak, którego nie może zabraknąć podczas uczty. Ostatni z wielkiej trójki i jednocześnie najbardziej niezmieniony pozostał Han Solo. Aczkolwiek ta postać, choć niezmieniona, uzyskała nowy, dualistyczny obraz. To ten sam Han Solo - przemytnik, którego fani pokochali od pierwszego seansu oryginalnych „Gwiezdnych Wojen” - Han jest sobą, niezmienny, wciąż w tarapatach i szemranych relacjach z galaktycznym półświatkiem. Jednocześnie to nowy Obi-Wan Kenobi, mentor-nauczyciel, ten, który wprowadza w arkana Mocy i zaraża wiarą w jej istnienie i możliwości. Osoba Hana Solo jest obrazem przejścia pomiędzy Oryginalną Trylogią a Trylogią Sequeli, to alegoria spełnienia się tego, co Ben Kenobi zapoczątkował w umyśle młodego, sceptycznego przemytnika. Jest niejako daniem głównym, tym na które wszyscy czekali, zwłaszcza po słynnym wyrażeniu ze zwiastuna: Chewie, jesteśmy w domu. Ponadto, śmierć Hana ma też znaczenie symboliczne. Po pierwsze to ukazanie, że czas starszego pokolenia dobiega końca. Po drugie, to obraz ofiary. Ciemna Strona Mocy domaga się poświęcenia czegoś lub kogoś cennego, by podarować swój pełny potencjał. Podobnie jak Des w legendarnej Drodze Zagłady, morduje ojca nieświadomie, by raz na zawsze stanąć na drodze do potęgi Ciemnej Strony, tak młody Kylo Ren sięga po nią w pełni świadomie i dobrowolnie, mordując swojego ojca.

Młodzi bohaterowie w ujęciu sumarycznym są lustrzanym odbiciem cech bohaterów Oryginalnej Trylogii. Łącznie posiadają te atrybuty, za które Luke, Han i Leia, zostali obdarowani przez fanów sympatią. W przypadku Rey dochodzi podobieństwo do Anakina Skywalkera, w zakresie intuicyjnego używania Mocy bez szkolenia oraz zdolności technicznych. Rey jako doskonała pilotka, złota rączka i początkująca Jedi, jest spoiwem łączącym Trylogię Sequeli z pierwszymi sześcioma epizodami Sagi. Jak Rey po Jasnej Stronie Mocy, tak Kylo Ren vel Ben Solo, jest odbiciem Dartha Vadera, jednakże w zakrzywionym zwierciadle. Podobnie jak dziadek, Kylo posiada wielki potencjał Mocy i rozwinął liczne zdolności jej wykorzystywania - jest utalentowany jak Vader, aczkolwiek nie potrafi wykorzystać pełni swojego potencjału. Dzięki młodemu Mistrzowi Rycerzy Ren, jego niedościgniony wzór Darth Vader jest obecny w filmie. Wiara Kylo Rena w opiekę, którą dziadek miałby go otaczać, sprawia że pomimo śmierci Vadera, podczas seansu „Przebudzenia Mocy” można poczuć obecność Mrocznego Lorda. Podobieństwo Kylo Rena do Dartha Vadera przejawia się też w srogości i bezwzględności z jaką Ren obchodzi się z podwładnymi w Najwyższym Porządku i z wrogami.

ShaakTi1138
„Przebudzenie Mocy" w pewien sposób zrobiło lustrzaną wersję tego, co uczyniono w prequelach: tam pokazano nam początki bohaterów, ich dzieciństwo i młodzieńcze lata, wreszcie dlaczego stali się tym, kim się stali. To było ciekawe zjawisko, ale ostatecznie wszyscy wiedzieliśmy, że Anakin zostanie Vaderem, a Obi-Wan uda się na wygnanie. Siódmy epizod pokazuje nam ponownie znanych herosów, ale tym razem przedstawia ich czyny w czasach o wiele późniejszych od OT. Dla Hana przyszłość okazała się tragiczna, ale jego śmierć z rąk własnego syna można odczytywać symbolicznie: oto nowe przychodzi po stare. Przejście to jest jednak płynne. Solo jest dla Rey mentorem, a żeby bohaterka mogła dorosnąć, nauczyciel musi odejść. Nie wiemy jak zostanie to przedstawione w „Ostatnim Jedi", ale podejrzewam, że i tam „nowi" powoli będą przejmować pałeczkę. Leia nie zawsze będzie dowodzić Ruchem Oporu, a i podejrzewam, że ktoś będzie musiał przejąć schedę po Luke’u. I tak powinno być.

Nowe postaci



Adakus
Nowa trylogia przyniosła nam nowe trio głównych bohaterów, różniące się genezą od tych znanych z poprzednich filmów. Poe to pilot myśliwców, miłośnicy X-wingów powinny być więc zadowoleni, Finn to były szturmowiec, dla jednych zdrajca, dla drugich jedyny moralnie sprawiedliwy wśród Najwyższego Porządku - postać skonfliktowana wewnętrznie, no i Rey, bohaterka tak naprawdę nieokreślona, przynajmniej do momentu premiery „Ostatniego Jedi”.

Qel Asim
Nowi bohaterowie, którzy nie są wprost analogicznie ucharakteryzowani na typ bohaterów Oryginalnej Trylogii, to doskonałe zaczątki dla nowych historii rozwijanych w ramach Expanded Universe. Lor San Tekka i Kościół Mocy, Rycerze Ren, Maz Kanata, gangi kolaborujące z Najwyższym Porządkiem, to prawdopodobnie najważniejsze z postaci i grupy, których rozwoju można oczekiwać w innych pobocznych dziełach spod znaku marki “Star Wars”. Na szczególną uwagę zasługuje wspomniana Maz, która w pewnych aspektach przypomina mistrza Yodę, ale jest jednak kimś wyjątkowym bo podobnie jak Lor San Tekka, wierzy w Moc, chociaż jej nie używa. To nowość w Sadze, gdyż w pozostałych epizodach ludność galaktyki miała wobec Mocy stosunek raczej indyferentny lub wprost wątpiła w jej istnienie (np. Han Solo), zaś w “Przebudzeniu Mocy” wydaje się być na wyciągnięcie ręki dla każdego, nawet dla osób nie obdarzonych szczególnym darem do jej używania.

ShaakTi1138
Do nowych bohaterów pierwszego sequela od razu zapałałam sympatią. Z jednej strony większość z nich ma jakiś pierwowzór w Oryginalnej Trylogii - Rey to niby taki Luke, Poe to Han, Finn to… no właśnie. Nie jest tak do końca. Rey pochodzi z pustyni i znajduje robota, ale jest o wiele bardziej doświadczona przez życie niż Skywalker, o wiele lepiej umie też sobie radzić. W Dameronie czuć Hanowski czar i luz, lecz jest o wiele bardziej oddany sprawie. Finn to postać nowa, która może bazuje na wielu stereotypach pociesznego, lekko fajtłapowatego wojaka, ale w Sadze nie mieliśmy dotąd postaci, która zmieniłaby strony w tak drastyczny sposób. Phasma nabiera niesamowitej głębi po ostatniej powieści Dawson, Maz to taki Yoda tylko z powiązaniami w półświatku… mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Postacie z TFA są oryginalne i wnoszą powiew świeżości. Tak trzymać!

Główna bohaterka to kobieta, dywersyfikacja ras ludzkich



Adakus
Osobiście uwielbiam silne kobiety z charakterem, szczególnie takie, które zrywają ze stereotypowym obrazem, jak i posiadają własne oryginalne cechy. Stary kanon oferował kilka takich bohaterek, filmowo jednak było dość przeciętnie. Teraz dostaliśmy Rey, która musi udowodnić, przynajmniej mi, że jest czymś więcej, niż tym co prezentują zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Póki co mało wiemy o Rey, ale mam szczerą nadzieję, że twórcy postarają się tak pokierować ewolucją tej postaci, że otrzymamy coś więcej, niż żeński odpowiednik Luke’a z Oryginalnej trylogii.

Kasis
Bardzo cieszy mnie fakt, że główną bohaterką trzeciej trylogii została kobieta. Choć pod wieloma względami przypomina Anakina i Luke’a, zwłaszcza na chwilę obecną, na początku swojej drogi, to jednak jest to przyjemna odmiana. Zwłaszcza, że na pierwszym planie kobiet w filmach „Star Wars” nadal jest niewiele. To samo dotyczy bohaterów o innym kolorze skóry niż biały. Zmiany zdecydowanie na plus. Nie potrafię zrozumieć dlaczego to jest problemem dla wielu osób. Postacie mają być przede wszystkim ciekawe i dobrze zagrane, a jeśli do tego każdy dzieciak na świecie znajdzie w tym uniwersum kogoś podobnego z wyglądu do siebie, to tym lepiej.

Qel Asim
Kobieta w roli głównej bohaterki to początek zmiany postrzegania Gwiezdnych wojen, jako tworu popkultury zarezerwowanego dla płci męskiej. Dzięki postaci Rey, Saga ma szansę dotrzeć do większej liczby osób - stać się bardziej dla każdego. Z kolei pojawienie się afroamerykanina wiąże się z dwiema zasadniczymi korzyściami. Pierwsza jest podobna do kwestii ustanowienia roli kobiecej na pozycji głównej bohaterki. Ludzie będący przedstawicielami rasy innej niż biała, mają swojego reprezentanta w „Gwiezdnych Wojnach”, co może zniwelować poczucie wyobcowania. Druga kwestia jest związana z logiką wewnątrz uniwersum „Star Wars”. Rozróżnienie rasowe w ramach ludzkości ukazanej w „Gwiezdnych Wojnach” jest czymś oczywistym, biorąc pod uwagę wielkość galaktyki, choćby w stosunku do Ziemi. Różnorodność koloru skóry to coś naturalnego - zaś pokazanie afroamerykanina w Epizodzie VII, dokonaniem naturalizacji „Gwiezdnych Wojen”.

ShaakTi1138
Jako kobieta jestem przeszczęliwa, że wreszcie przedstawicielki mojej płci stanęły w świetle starwarsowych reflektorów. Może większość naszych czytelników to panowie, więc pewnie nie zrozumieją jak to jest, gdy przez całe życie słyszy się tekst: „Lubisz GW? Ale jesteś dziewczyną!” czy „Ale to jest dla chłopaków!” A to nieprawda, bo może faktycznie jest nas mniej, ale jeśli już jesteśmy fankami, to z całego serca. Bardzo się cieszę, że moje podopieczne ze szkoły mają bohaterkę, w którą mogą się wcielać podczas zabaw, a uwierzcie mi, chłopakom nie przeszkadza, że Rey jest dziewczyną. Tak samo nikt z dzieciaków nie ubliża Finnowi, Baze’owi czy Chirrutowi z powodu koloru skóry. I może powinniśmy brać z nich przykład? W galaktyce, w której na każdym kroku spotyka się osobę z innej planety coś tak banalnego jak rasa nie powinno stanowić żadnego problemu.

BB-8



Lord Bart
Zacytuję fragment mojej recenzji: BB-8 to pierwszy droid, który w filmach SW z… mechanicznego dodatku stał się pełnowymiarowym bohaterem. Już widzę wzburzenie fanów duetu C-3 i R2, ale wstrzymajcie rumaki. Złota sztaba, poza momentem królowania Ewokom, był tylko zawalidrogą. Tak prawda. R2 zaś… ćwierkał i świerkał, ale w sytuacjach ostatecznych to on ratował wszystkich. I to chyba przez sześć Epizodów. Nie był jednak na pierwszym planie. BB jest. Albo przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Co prawda mam przeczucie, że został wrzucony do filmu specjalnie dla dzieciaków i ogólnego słodzenia (wychodzi mu to cudownie), ale i tak jest autorem najlepszego chyba slapsticku w całej historii kinowej SW (scena z zapalniczką jako lajkującym kciukiem). Po tym czymś miałem tylko dwie opcje do wyboru: walnąć facepalma i wyjść z kina albo… polubić go. No i zdecydowałem się na drugą. Bo przypomina mi trochę kogoś innego, kogoś kto zawsze wyciśnie ze mnie łezkę. WALL•E’ego.

Qel Asim
BB-8, to droid-maskotka. Niby nic szczególnego nie zrobił, poza tym że był i wpadł w ręce Rey. A jednak stał się jedną z ikon nowego epizodu „Gwiezdnych Wojen”. Ten droid zachowuje się tak jak osoba. Ma uczucia, potrafi grać na emocjach bohaterów i kradnie każdą scenę przez sam fakt że w niej występuje. W przypadku BB-8, jego domniemane uczucia i emocje to nie wszystko. Ten droid jest dobry w ujęciu moralnym - ma poczucie sprawiedliwości, wierności, przynależności, przywiązania i odznacza się troską dobro swojego aktualnego właściciela. Na dodatek porusza mnie jego bezradność - jest jak dziecko, które usiłuje się ukryć przed zagrożeniem w ramionach swojego opiekuna i jest nieustępliwe w swojej ciekawości wszystkiego. To zupełnie inny droid niż C-3PO, który swoją osobowością potrafi tylko irytować, czy R2-D2, który choć zaradny wydaje się być, przy swoim owalnym następcy, dość prostym charakterem i postacią prawie beznamiętną. BB-8 jest po prostu wyjątkowy.

Świetnie naszkicowana polityka galaktyczna



Qel Asim
Przed premierą „Przebudzenia Mocy” twórcy sugerowali, że chcą kontynuować wzorce na podstawie, których powstawała Oryginalna Trylogia. Ten zamysł miał dotyczyć m.in. frakcji politycznych. Imperium Galaktyczne w pewnych motywach wzorowano na III Rzeszy Niemieckiej, zaś bezpośredni spadkobierca Imperium, miał być wzorowany na idei „co by było, gdyby część nazistów przetrwała”. W Epizodzie VII, w pełni udało się to ukazać. Najwyższy Porządek spełnia wszelkie domniemania nt. swoich sposobów działania jako alegorycznego następcy III Rzeszy i innym systemów totalitarnych. Pojawiają się decyzje o eksterminacji jeńców, ludności cywilnej, całych planet (i państw), byle zapewnić przestrzeń i dominację dla swojej frakcji (~ Holocaust, Lebensraum). Przedstawiciele Najwyższego Porządku są przekonani o swoich racjach i przeświadczeni że działają dla dobrej sprawy i przywracania zagrożonego przez terrorystów ładu w galaktyce. Najlepiej jest to widoczne na przykładzie Huxa, generała ślepo oddanego wobec Naczelnego Wodza (~ Führera) Snoke’a. Hux jest organizatorem programu indoktrynacji i wychowywania fanatycznych podwładnych Najwyższego Porządku (~ Lebensborn), głównym zwolennikiem anihilacji Nowej Republiki i partyzanckiego Ruchu Oporu i płomiennym głosem swojego wodza. W prawdopodobnie najsłynniejszej scenie z udziałem Generała Huxa - czyli jego przemowie przed pierwszym, historycznym użyciem broni Starkiller, sposób w jaki przedstawia treści (pełne antyrepublikańskiej propagandy), przypomina mowy samego Adolfa Hitlera. Dbałość o kontynuację wzorców z Oryginalnej Trylogii, nawet w kwestii ukazania motywów politycznych, to kolejny atut Przebudzenia Mocy. Według mnie, w Epizodzie VII wyszło to nawet lepiej niż w pierwowzorze Oryginalnej Trylogii.

Nowe teorie - na przykład Snoke i Rey

ShaakTi1138
Franczyza żyje, dopóki ludzie o niej mówią. A to, co zrobiło „Przebudzenie Mocy” z teoriami spiskowymi, jest niesamowite. Ja uwielbiam wciąż wracać do filmu, książki czy gry, analizować, doszukiwać się głębokiej struktury i podwójnych znaczeń, wszędzie widzę symbole. Nie ma nic gorszego, niż opowieść, w której wszystko jest jasne od początku do końca, bo to jest opowieść martwa. Nie jest nawet ważne, czy ludzie pochodzą na serio do kwestii rodziców Rey czy pochodzenia Snoke’a, czy tylko wymyślają coraz bzdurniejsze wersje historii - wszyscy mamy o czym rozmawiać. A po paru latach z nostalgią będziemy wspominać durnoty, w które wszyscy wierzyli.

Łączenie CGI z praktycznymi efektami



Lord Bart
To mnie jednak chyba zaskoczyło – dobre zdjęcia i wplecenie CGI w całokształt na tyle umiejętne, że nie czułem się jak na kolejnym popcornowym blockbusterze, ale na dobrym wizualnie kinie sci-fi.

Qel Asim
W “Przebudzeniu Mocy” zastosowano wiele efektów specjalnych. W czasie gdy twórcy filmów coraz częściej decydują się na tworzenie efektów cyfrowych, sztuką jest, by otrzymany obraz nie zestarzał się zbyt szybko i pomimo upływu lat, wciąż potrafił wywołać w odbiorcy wrażenie realizmu. W celu utrzymania takiej długowieczności filmu oraz aby oddać w najlepszy możliwy sposób realia Oryginalnej Trylogii, kręconej niemalże 40 lat wcześniej, „Przebudzenie Mocy” zostało uposażone głównie w efekty praktyczne. Twórcy zadbali o to, by możliwie każdy efekt specjalny był jak najbardziej realny. Troska o detale jest szczególnie widoczna np. w postaci dojrzewającego posiłku Rey, który na prawdę sam wyrastał (choć “nieco” wolniej niż w filmie). To wszystko zostało okraszone subtelnymi efektami cyfrowymi, tylko tam gdzie było to faktycznie niezbędne i ukazanie czegoś efektami praktycznymi po prostu niewykonalne (jak na przykład pochłanianie gwiazdy).

ShaakTi1138
Często powtarzający się zarzut dotyczący prequeli - za dużo CGI - jest bezzasadny, bo zbudowano do nich o wiele więcej praktycznych modeli niż w całej OT. Bez grafiki komputerowej zobaczymy fajnych obcych czy ciekawych pomieszczeń, a wszystkie planety będą aż i tylko jakimś miejscem na Ziemi. Z drugiej strony efekty praktyczne nie wyglądają tak sztucznie i są po prostu imponujące - to o nich pisze się w publikacjach typu „Jak powstawał film”, a nie o komputerach. Dowodzą mistrzostwa i kunsztów lalkarzy czy scenografów. Abrams odżegnywał się od CGI jak tylko mógł, ale w filmie było tego mnóstwo... i wypadło dobrze. Z jednej strony mamy cyfrowe rathtary, z drugiej „prawdziwych” obcych w zamku Maz. Różna technika, ale tak samo dobra. Chciałabym w przyszłości więcej zastosowań podobnych rozwiązań.

Reinterpretacja monomitu, bliskość oryginału



Lord Sidious
Czego by nie mówić o „Przebudzeniu Mocy”, że jest odtwórczy, kopiujący, to jednak Abramsowi i jego ekipie udało się wskazać mitologiczną esencję „Gwiezdnych Wojen”. Monomit Josepha Campbella. Epizod VII, podobnie jak IV i I jest kolejną reinterpretacją. Przewidywalną, wierną, ale jednak. To dalej ta wspaniała historia, która sprawia, że saga potrafi dotrzeć do nowego pokolenia.

Jednocześnie jest druga sprawa, TIE Fightery, X-Wingi i cała ta reszta. Film ma niesamowity ładunek sentymentalny. Jasne to już nie tylko ograne motywy, to pewne elementy, które jednak po latach wspaniale ogląda się w kinie. Jedną z największych zalet „Zemsty Sithów” było to, że mogliśmy w końcu oglądać przynajmniej w niektórych scenach, sagę jaką pokochaliśmy. Film Abramsa ma tego dużo więcej. Może jest to odtwórcze, ale daje kopa.

Qel Asim
Zachowanie fabularnego schematu, na którym pierwotnie powstała „Nowa Nadzieja”, chociaż budzi kontrowersje, jest gwarancją autentycznie gwiezdnowojennego charakteru kolejnego epizodu Sagi. Przed premierą wielokrotnie spekulowano, m.in. o tym czy nowy epizod pozwoli odczuć, że jest prawdziwym filmem „Star Wars”. Wierność wobec oryginału, który podbił serca widzów na całym świecie, to najbezpieczniejsze otwarcie dla nowej trylogii. Ponadto, według podobnego klucza reinterpretacji campbellowskiego schematu, sam G. Lucas, twórca uniwersum Gwiezdnych wojen, wyreżyserował Trylogię Prequeli. Epizod VII powstał więc na podstawie jednej linii, tożsamej z oryginałem „Gwiezdnych wojen” i zamysłem autora serii. Przebudzenie Mocy jako bardziej bezpośrednia kopia, niż interpretacja, w pełni zachowuje cykliczność wydarzeń obecnych w pozostałych pierwszych częściach gwiezdnowojennych trylogii. To wraz z licznymi nawiązaniami i podobieństwem scen, sprawia wrażenie że oglądany film to prawdziwe, pełnoprawne Gwiezdne wojny i nie można Przebudzenia Mocy pomylić z żadnym innym filmem science-fiction, bo to po prostu „Star Wars” w 120%.

ShaakTi1138
Tak, „Przebudzenie Mocy” kopią jest… ale czy na pewno? Paralele pomiędzy filmami są widoczne nie tylko pomiędzy „odpowiadającymi” epizodami z obu trylogii, lecz także w tak zwanej teorii lustrzanej (jedynka odpowiada szóstce, dwójka piątce i tak dalej). Dlaczego więc TFA nie miałoby nawiązywać do “Nowej nadziei”? Mit - czy to Cambellowski, czy to Jungiański, czy to Frazerowski - ma jedno wspólne, powtarza się w cyklu niczym pory roku. Owszem, każdy ma inne cechy szczególne, lecz istota pozostanie ta sama. „Przebudzenie” nie daje jeszcze pełnego obrazu mitu - chociażby drogi bohaterki - ale stanowi bardzo dobry pierwszy akt i wprowadzenie do tego, czego możemy się spodziewać.

Tempo i akcja

Lord Sidious
Abrams umiejętnie łączy klasyczne już dziś kino nowej przygody, z tempem współczesnych filmów. Sprawia to, że akcja właściwie leci na łeb, na szyję. Wszystko dzieje się szybko, sprawnie. Film przede wszystkim ma bawić i to się tu udaje znakomicie. To dopracowany produkt, a Abrams jest tu niedoścignionym mistrzem.

Qel Asim
Zgadzam się z Lordem Sidiousem, dodam od siebie że akcja w „Przebudzeniu Mocy” nie zawsze jest jednak bardzo dynamiczna i niedościgniona. W stosownych momentach, zwłaszcza tych, które dotyczą głównie doświadczenia działania Mocy przez bohaterów (odnalezienie miecza świetlnego, intuicyjne używanie Mocy przez Rey, spotkanie Luke’a), to chwile zatrzymania - spowolnienia tempa w czasie, podczas którego widz może nasycić się niejako celebracją wydarzenia. Tempo akcji w “Przebudzeniu Mocy” to sposób na ukazanie tego co w życiu bohaterów jest przyziemne i co odnosi się do wyższej sfery - Mocy.

ShaakTi1138
Jeśli jest jedna przewaga, którą „Przebudzenie” ma nad „Łotrem” to jest to właśnie akcja. Film nie nuży, pędzi z zawrotną prędkością tam, gdzie potrzeba, a spowalnia, gdy bohaterowie nabiegają się dość. Dzięki temu za każdym razem epizod siódmy ogląda się równie przyjemnie, co poprzednio.

Dobre rzemiosło reżyserskie



Adakus
Jedno na pewno można było zarzucić George’owi Lucasowi, nie miał on talentu do reżyserii. Pod tym względem J.J. Abrams radzi sobie dużo lepiej, dzięki czemu „Przebudzenie Mocy” ogląda się przyjemniej, pomimo tych wszystkich znanych nam minusów. Nieraz bywa tak, że film ratuje jeden element, pozwalający posiadać dobre zdanie o nim. Abrams wykonał kawał dobrej, rzemieślniczej roboty, a „Przebudzenie Mocy” jest przykładem prawidłowo stworzonego filmu rozrywkowego na miarę naszych czasów. Oceniam obraz tutaj tylko perspektywy sztuki filmowej, bo jako element uniwersum już tak kolorowo nie jest.

Qel Asim
Reżyseria J.J. Abramsa to obraz harmonii. W jednej scenie widzimy zamykaną klapę, by w kolejnej, odbywającej się w odmiennej lokalizacji zobaczyć np. otwierane drzwi. Ta spójność scen, sprawia poczucie dynamizmu, a przede wszystkim ukazuje „Przebudzenie Mocy” jako jeden „organizm filmowy”. Akcja wywołuje reakcję, przyczyna skutek. Nic nie jest pozostawione przypadkowi, lecz każda scena jest dobrana tak, by tworzyć jedną całość i porwać widza odpowiednio zintensyfikowaną dynamiką wydarzeń. Podobnie jak w kwestii wyważenia efektów praktycznych i CGI, tak tutaj świadczy to o pedantycznej wręcz trosce o detale, co podnosi walory „Przebudzenia Mocy” jako filmu jako takiego.

ShaakTi1138
Co by nie mówić o Abramsie, odwalił naprawdę kawał dobrej roboty. W „Przebudzeniu Mocy” ciężko doszukać się scen czy momentów, które byłyby po prostu źle wykonane czy nietrafione. Tutaj każdy rekwizyt, ruch, moment, mimika postaci są doskonale przeliczone i zaplanowane. Podobnie rzecz ma się z doborem kolorystyki, montażem scen czy wreszcie ich symbolicznym znaczeniem, które będziemy odkrywać latami.

Dobra gra aktorska

Qel Asim
Nowa trylogia - nowi bohaterowie, więc i nowi aktorzy. To była jedna z większych niewiadomych filmu. Jak nowa obsada poradzi sobie w swoich rolach oraz czy starsza ekipa da radę i pokaże po latach, raz jeszcze swoją klasę. W obu wypadkach obawy okazały się niesłuszne. Harrison Ford stanął na wysokości zadania i aktorsko spisał się na medal, pomimo że w niektórych scenach widać było że boryka się z możliwościami swojego ciała. Carrie Fisher spełniła swoją funkcję, to już bez szczególnego popisu, ale wciąż na poziomie. Co do Marka Hamilla… wyglądał dobrze :). Jego gra aktorska to coś na czego zaspokojenie musimy jeszcze poczekać, a to tylko kolejny powód, by wyczekiwać na Epizod VIII. Jakkolwiek wspaniale by nie grał Harrison Ford, najlepszym wg mnie aktorstwem popisał się debiutujący aktorsko duet Ridley-Boyega i wcielający się w antagonistę Driver. Adam ukazał huśtawkę emocjonalną Kylo Rena w bardzo przekonującym stopniu. Podczas sceny ojcobójstwa, można odnieść wrażenie że Ben Solo zaraz rzuci się na ojca… by go przytulić, a co się stało wszyscy wiemy. Z kolei Daisy Ridley z Johnem Boyegą potrafili zachwycić interakcją, którą wykreowali między Rey a Finnem. W ich grze nie odczułem żadnej sztuczności, oni byli Rey i Finnem, Daisy i John nigdy nie istnieli, to prawdziwa młoda Jedi i szturmowiec-dezerter. Wybór debiutujących aktorów, okazał się być strzałem w dziesiątkę, bo postacie w które się wcielili, są po prostu autentyczne.

Wyważony humor



Qel Asim
Humor ukazany w „Przebudzeniu Mocy” jest wpisany we współczesne trendy, a jednocześnie odpowiednio wobec nich zdystansowany. Starsi fani otrzymali humor w postaci nawiązań do wydarzeń, wypowiedzi, czy przez obecność osób - bohaterów z Oryginalnej Trylogii. Prym wiedzie tutaj postać Hana Solo, z jego powiedzonkami i stylem bycia. Młodsi zaś zostali uraczeni subtelnie ukazanymi nawiązaniami do życia współczesnego, czego najwyraźniejszym przykładem był popularny „lajk”, który Finn otrzymał od BB-8.

Innym ważnym aspektem humoru w Przebudzeniu Mocy, było jego wyważenie i podporządkowanie do wydarzeń. Nie jest to humor znany z ostatnich popularnych filmów opartych na komiksach innych marek, gdzie powaga sytuacji jest często zdruzgotana przez żarty. W Epizodzie VII humor jest tylko tam, gdzie nie godzi w rangę wydarzeń aktualnie przeżywanych przez bohaterów filmu, nigdy kosztem historii.

ShaakTi1138
Jedną z rzeczy, które w „Przebudzeniu” podobały mi się najbardziej, jest właśnie humor. Jest bardzo subtelny i nienachalny - nie ma tu durnowatych żartów słownych, dominuje raczej komizm sytuacyjny, ot choćby pierwsza sztuczka umysłowa Rey, Han Solo strzelający z kuszy Chewiego czy Finn smalący cholewki do głównej bohaterki. Inny aspekt humoru TFA to oczywiście nasza wiedza na temat wcześniejszych bohaterów. Szermierka słowna Solo z członkami Kanjiklubu może nie wywołuje salw śmiechu, ale ciężko się nie uśmiechnąć, gdy przypomnimy sobie charakter przemytnika. Sporo rzeczy wynikło już po filmie, z czego prym wiodą memy ze szturmowcem TR-8R. Oby tak dalej!

Muzyka

Qel Asim
Ścieżka dźwiękowa w „Przebudzeniu Mocy” to kolejny budzący sprzeczne emocje element filmu. To zupełnie inna muzyka niż porywające swoim dynamizmem dźwięki w Trylogii Prequeli. Kto liczył na podobną „muzyczną bombę”, ten się przeliczył. Tutaj muzyka jest bardziej w tle, kojąca, zostawiająca po sobie mentalny ślad dopiero po kilku seansach filmu. To muzyka, która doskonale koresponduje z tytułem Epizodu VII. Jest pobudką, subtelną, spokojną, czasem nieco intensywniejszą (March of the Resistance), ale przede wszystkim delikatnie wyciągająca widza ze snu, w którym nie było już miejsca ani nadziei na nowe „Gwiezdne Wojny” i powrót Mocy. Intensyfikacja tej pobudki jest zależna od Rey i tytułowego Przebudzenia Mocy - rozpoczyna się cichutko i łagodnie (The Scavenger; Rey’s Theme), by zwiększyć swoje tempo i moc (The Ways of the Force), gdy Rey zaczyna świadomie z Mocy korzystać. To kolejny aspekt powiązany z reżyserią J.J. Abramsa, gdyż nawet w ścieżce dźwiękowej wszystko jest regulowane tak, by tworzyć jedno dzieło filmowe. Nie tylko w perspektywie dopasowania do aktualnych scen, lecz w generalnym zamyśle fabuły epizodu i rozwoju głównej bohaterki.

Muzyka w „Przebudzeniu Mocy” to także jeden z elementów, obok campbellowskiego schematu fabuły, pozwalający rozpoznać że to prawdziwy film gwiezdnowojenny. Obecność klasycznych motywów, jest zauważalna i w pełni komponuje się z muzycznymi nowinkami Epizodu VII.

To kolejny uśmiech w kierunku fanów i umiejętna droga rozwoju jednego z charakterystycznych elementów „Gwiezdnych Wojen”. Droga dobrego tradycjonalizmu - zachowywania muzycznego depozytu i jego aktualizowania w wierności oryginałowi.

Kasacja EU



Qel Asim
Kwiecień 2014 roku, dla fanów „Gwiezdnych Wojen” był miesiącem wielkiego rozczarowania i rozbudzonych nadziei. To właśnie wtedy zdecydowano o zmianie statusu dotychczasowego Expanded Universe z obowiązującego kanonu na jego alternatywną, legendarną odmianę. Decyzja Lucasfilmu, choć spotkała się z silną opozycją, znalazła jednak entuzjastów. Kolejny epizod, miał być nowym początkiem dla rozwoju Expanded Universe, bez ograniczeń wynikających z legendarnych historii. Tak, też się stało - Przebudzenie Mocy otwarło wiele ścieżek rozwoju dla nowego kanonu. Wiele pytań pozostawiono bez odpowiedzi, część zyska dopełnienie w kolejnych epizodach, zaś inne w ramach nowego Expanded Universe. Nowe otwarcie, zapoczątkowane w Epizodzie VII to szansa na spójny kanon, wolny od nieścisłości w porównaniu do wcześniejszych Legend.

Inna kwestia to obecność Legend w „Przebudzeniu Mocy”. Epizod VII stał się powodem kasaty ważności starego kanonu, aczkolwiek korzysta z jego dorobku i wykorzystuje wybrane motywy w nowej odsłonie. Dwa najważniejsze elementy “Przebudzenia Mocy”, będące zaczerpniętymi z Legend są: baza Starkiller i osoba Kylo Rena. Pierwszy, znany jest m.in. z powieści „W poszukiwaniu Jedi”, gdzie figurował jako „Pogromca Słońc”. W przypadku Kylo Rena, legendarnym pierwowzorem był wrażliwy na Moc syn Hana i Lei - Jacen Solo, znany z wielu powieści ukazujących czasy po bitwie o Endor. Wykorzystanie dorobku skasowanego kanonu, jest wg mnie wyrazem szacunku, jaki twórcy „Przebudzenia Mocy” wyrazili wobec grona autorów poszczególnych Legend oraz próbą wyjścia naprzeciw oczekiwaniom fanów, którzy czuli się dotknięci kasatą.

ShaakTi1138
Nie będę oszukiwać i kłamać, że ucieszyłam się skasowniem EU. Tamte historie zawsze pozostaną w moim sercu, bo to dzięki nim pozostałam fanką. Wielu z nas zainwestowało swoje pieniądze i czas w komiksy i książki. Ale nie oszukujmy się, to i tak kiedyś by się stało - a lepiej, by nad spójnością czuwała cała grupa, a nie tylko jeden Leeland, choć nieścisłości były, są i będą. Dla mnie w chwili obecnej prawdziwą frajdą jest odnajdywanie elementów Legend w nowym kanonie. A jest tego więcej niż myślicie.

Wszystkie atrakcje weekendu 40-lecia znajdziecie tutaj.

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”: Rekordy finansowe

13



„Przebudzenie Mocy” podbiło kina, ustanowiło kilkanaście rekordów. Jak wyglądają one dziś? Które zostały pobite, a które się jeszcze trzymają? Właśnie temu się przyjrzymy.

„Przebudzenie Mocy” to bez wątpienia najbardziej dochodowy film z serii „Gwiezdne Wojny”, ale też najlepiej zarabiająca produkcja Lucasfilmu oraz Bad Robot. To na razie się nie zmieniło.

Najważniejszy rekord pobity przez VII Epizod, to dominacja na rynku amerykańskim. Żaden inny film nie zarobił tyle w samych USA (936 milionów USD). „Avatar” i „Titanic” zostały w tyle. Podium na razie pozostaje niezmienne, zobaczymy ile uda się wywojować „Ostatniemu Jedi”.

Nie zmienił się też wynik w Stanach, gdy uwzględnia się inflację. Tam rekordu nie było, ale VII Epizod trafił na 11 miejsce i wciąż się tam dobrze trzyma. Na pierwszym jest „Przeminęło z wiatrem”, na drugim zaś „Nowa nadzieja”.

Zabetonowane też są wyniki ogólnoświatowe. Tam „Przebudzenie Mocy” trafiło na trzecie miejsce (z 2,068 miliarda USD), za „Avatarem” i „Titaniciem”. Epizod VII nawet nie czuje oddechu konkurencji na plecach.

Za to pierwszy „stracony” rekord to ogólnoświatowy wynik weekendu otwarcia. Film Abramsa zebrał wtedy 529 milionów USD (na wszystkich rynkach, także w USA). Lepsi okazali się „Szybcy i wściekli 8”. W tym roku zarobili w pierwszy weekend 541,9 milionów USD. Zobaczymy, czy pokona ich film Johnsona. Może być ciężko, bo „Ostatni Jedi” (podobnie jak i „Przebudzenie Mocy”) w Chinach wchodzi kilka tygodni po ogólnoświatowej premierze. Ale patrząc na różnicę, może Rianowi się uda odzyskać ten rekord.

Poniekąd powiązana kategoria to weekend otwarcia poza Stanami. Tam „Przebudzenie Mocy” wylądowało na trzecim miejscu z 281 milionami USD. „Szybcy i wściekli 8” zdetronizowali dotychczasowego lidera, czyli „Jurassic World”, zarabiając 443 miliony USD i wypychając film Abramsa poza podium.

Rekordy, które pobiło „Przebudzenie Mocy” i wciąż je dzierży to amerykański tydzień otwarcia, dzień otwarcia, czy przychód z jednego dnia, a także najlepszy wynik z nie premierowego piątku, wtorku i środy. Nie udało się pobić rekordu z nie premierowego czwartku, tam Epizod VII zajął drugie miejsce, za „Transformers: Zemsta Upadłych”. Jednocześnie film Abramsa wciąż dzierży palmę pierwszeństwa w najlepszych wynikach w USA w kategorii piątek, poniedziałek, niedziela i wtorek. W sobocie są na trzecim miejscu, w czwartek na szóstym miejscu (tam wciąż króluje „Zemsta Sithów”), podobnie z środą, także szóste. Od 2015 Epizod VII okupuje swoje pozycje.

Kolejny amerykański rekord to najlepsza średnia zarobków z jednego kina, przez wszystkie weekendy. Wyszło 59.982 USD.

„Przebudzenie Mocy” trzyma też rekordy drugiego i trzeciego najlepszego weekendu w Stanach. To także najlepszy film w kategorii PG-13, zarówno sumarycznie jak i w weekend otwarcia.



Z kolejnych amerykańskich rekordów Epizod VII pobił właściwie wszystko w kategoriach najszybciej do 100 milionów, 200 milionów, 300 milionów, 400 milionów, 500 milionów, 600 milionów, 700 milionów, do 800 milionów i 900 milionów także, ale tam nie ma żadnej konkurencji.

Teraz kibicujemy „Ostatniemu Jedi”, oby udało mu się pójść w ślady VII Epizodu, jak nie to może w 2019 Abrams sam będzie ścigał się ze sobą.

Zaś wszystkie atrakcje weekendu znajdziecie tutaj.

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”: Okiem redakcji: Minusy siódmego epizodu

35



W dniu dzisiejszym spojrzymy na „Przebudzenie Mocy” od strony minusów. Film odniósł niesamowity sukces finansowy i otrzymał zasadniczo pozytywne opinie od krytyków. Ale to nie znaczy, że jest idealny - wręcz przeciwnie, spora część fanów ma mu to i owo do zarzucenia. Poniżej sporządziliśmy w redakcyjnym gronie listę największych minusów, jakie można wyłapać podczas oglądania pierwszej części z trylogii sequeli.

Schematyczność i nawiązania do „Nowej nadziei” są zbyt duże



Adakus
Największym zarzutem względem filmu jest jego schematyczność na tle poprzednich filmów, która jest wiecznie przypominana przy każdej możliwej okazji. Nie będę powtarzał tego, co wszyscy już wiedzą, ale błędnym założeniem scenarzystów było nie postawienie na oryginalną historię. Koniec kropka.

Kasis
Dużo jestem w stanie wybaczyć, ale wysadzanie kolejnej, jeszcze większej, broni to przesada nawet dla mnie. Wątek, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebny. Upchnięty i absurdalny.

Lord Bart
Po 38 latach czasu ziemskiego i jakiś 30 latach czasu galaktycznego poszedłem na film, który jest prawie że ANH2.0 Nawet sam reżyser przyznał w którymś z wywiadów, że „nawiązywał” mocno do oryginalnego tytuły po to, żeby nowi widzowie wiedzieli o co chodzi, nie czuli się zagubieni i inne takie słodkie pierdółki. Serio, Panie Abrams? Serio myślał Pan o tych milionach, które nigdy wcześniej nie widziały „Nowej nadziei” i nie miały szansy jej zobaczyć przed 2015 rokiem? A co z tymi dziesiątkami milionów, które znają „Gwiezdne Wojny” na pamięć, bez względu na to czy są fanami czy nie? Oni mieli przymknąć oczy na bezczelną kopię tylko dlatego, że „nowe pokolenia” muszą mieć nowe filmy, ale jakoś jednak nawiązujące do „staroci” z 1977?

Gratuluję konceptu, ale nie wszyscy są ślepymi jeleniami.

ShaakTi1138
W ferworze pierwszego oglądania nie zwróciłam na to uwagi, bo zbyt pochłonął mnie wygląd Kylo Rena. Natomiast im dalej, im dłużej wracałam do TFA, tym bardziej dostrzegałam schematyzm. We wszystkim: typach bohaterów, miejscach, wydarzeniach, przedmiotach… I bardziej niż klonowanie irytuje świadomość, że był to zabieg celowy, mający na celu przyciągnięcie starych fanów, przekonanie malkontentów, że Disney nie zrobi drugich prequeli. A jednak kto stoi w miejscu, ten się cofa; gdzie jest powtarzalność, tam nie ma miejsca na prawdziwą kreatywność.

Wrażenie rebootu niż kontynuacji

Adakus
Pomimo awersji do epizodu VII, film obejrzałem kilkukrotnie, bo w końcu to „Gwiezdne Wojny”. Jednakże w miarę zaliczania kolejnych seansów, film, poza długą listą podobieństw do „Nowej nadziei”, zaczynał sprawiać wrażenie bardziej rebootu serii, niż jej kontynuacji. Zarzuty wobec filmu będę się oczywiście powtarzały te same, ale sam film ma tak naprawdę niewiele wspólnego z uniwersum wykreowanym przez George’a Lucasa. J.J. Abrams stworzył „idealny” reboot, będący „idealnym” kandydatem do tworzenia cyklu od nowa, zarówno z czystym frontem, jak i zapleczem. Jak już skasowaliśmy stary porządek kanoniczny, to równie dobrze moglibyśmy dorzucić do tego pozostałe filmy. Dla wielu fanów byłaby to jednoznaczna sytuacja i nikt nie zarzucałby później schematyczność epizodowi VII.

Brak Lei i Luke'a w filmie



Lord Bart
70 sekund scen z Lukiem i Leią wyglądającą jak wyglądała w momencie kręcenia Carrie Fisher, bez zająknięcia się o jej ewentualnej Mocy oraz tego co robiła… i Pan, Panie Ambrams mówi mi, że oni też byli potrzebni jako „nawiązania” dla nowych fanów?

To może trzeba było być odważnym i zostawić ich w spokoju, przesunąć jeszcze okres czasowy albo pójść na totalną brawurę i wybrać innych aktorów? I dać im więcej możliwości, powiązanych oczywiście ze stanem ich zdrowia? Bo Harrison Ford dała radę maksymalnie, dał radę tylko po to, by zginąć w głupiej scenie.

Kylo Ren i nowi bohaterowie są słabi



Lord Bart
Znowu fragment mojej recenzji:Nowe trio nie sprostało staremu i to nawet takiemu, które widzimy w filmie. „Zmęczona życiem” Leia i „niemy” Luke, będący tylko pyłkiem nowej kurtce genialnego Hana, są razem lepsi od mistrzyni wszystkiego znikąd, głupiego szturmowca i metroseksualnego złego płaczka. Dlaczego? Bo są żywymi Legendami, mającymi za sobą wspaniałą historię, popartą dobrym aktorstwem. Rey, Finn i Kylo nie mieli z nimi szans. Na starcie, dlatego że spieprzył ich ktoś już w scenariuszu.

ShaakTi1138
Po „Przebudzeniu Mocy” miałam pewną refleksję: większość z nas zgadza się w mniejszym czy większym stopniu, że czarny charakter przegra w taki czy inny sposób. Wiedzieliśmy, że Krennic zginie, że rebelianci zdobędą plany… ale nie spodziewaliśmy się, że zapłacą taką cenę. Dyrektor stanowił tu realne zagrożenie. Z drugiej strony mamy postać pokroju Nute’a Gunraya - też złoczyńca, ale złoczyńca słaby, tchórzliwy i żałosny, może nawet trochę śmieszny, lecz ukazany tak celowo w opozycji do Maula czy Sidiousa. Źle jest, gdy schwarzcharakter wychodzi śmieszny niezgodnie z zamysłem twórców.

A takim jest Kylo Ren.

Pomińmy już nawet przywitaną salwą śmiechu w kinie scenę zdjęcia maski. Przyznaję, że Kylo jest najbardziej złożonym i dopracowanym złoczyńcą w całej Sadze… który zachowuje się jak mający problem z opanowaniem własnych hormonów nastolatek ogarnięty obsesją na punkcie Vadera. Który nie stwarza żadnego zagrożenia, bo nie umie ani powstrzymać więźnia przed ucieczką, ani pokonać dziewczyny, która pierwszy raz walczy mieczem, a co dopiero chłopaka niewrażliwego na Moc. Który niszczy konsole i wyje, gdy coś mu się nie podoba. Nie tak powinien zachowywać się ktoś, kto ma ponad trzydzieści lat.

Brak nawiązań do prequeli i do tego, co znamy; nierealność uniwersum

Adakus
Nic tak nie burzy klimatu ulubionej serii, jak stopniowe wygaszanie tego klimatu przez samych filmowców. George Lucas, twórca zarówno oryginalnej trylogii, jak i trylogii prequeli, może filmów nie potrafił kręcić, ale przynajmniej rozumiał i szanował świat stworzony przez samego siebie. Niestety J.J. Abrams nie wziął tej cechy pod uwagę przy tworzeniu „Przebudzenia Mocy”. Chcąc stworzyć „nowe Gwiezdne wojny”, skupił się na wykreowaniu nowego materiału (co niestety nie przełożyło się na oryginalna historię), ignorując świat stworzony przez Lucasa. I tak w filmie nie ujrzymy znanych nam planet czy ras, które były obecne w obu wcześniejszych trylogiach. Nikt chyba nie oczekiwał ponownego przerzucenia akcji na Tatooine, ale w takim razie po co tworzyć bliźniaczą planetę Jakku? Albo czy wszystkie planety ukazane w filmie są tak oddalone od centrum galaktyki, że nie pojawiają się tam rasy obcych znanych ze starszych filmów? Filmy Lucasa też dodawały nowe miejsca i gatunki, ale nigdy kosztem tych znanych, była zachowana równowaga. Dzieło Abramsa niestety odziera uniwersum z łącznika z poprzednimi trylogiami, przez co można doświadczyć wrażenia kreacji innej galaktyki, odmiennej od tej jaką znamy.

Kasis
Świat „Gwiezdnych Wojen” jest olbrzymi, więc cieszą wszystkie nowości, które go rozwijają, ale nie zapominajmy o tym co już istnieje. Jeden Twi’lek w tle robiłby olbrzymią różnicę albo wspomnienie znanej planety. Te braki rażą i bolą wielu fanów. Chcemy czuć, że to jest jeden spójny świat, po którym wędrujemy od wielu lat. I choć odkrywamy nowe miejsca, to chętnie wracamy do starych i cieszymy się widząc znajomą twarz.

ShaakTi
Jak już Abrams zdecydował się robić reboot „Nowej nadziei”, to lepiej by chyba było, aby Rey mieszkała na Tatooine, a Ruch Oporu miał bazę na Yavinie. Jestem w pełni świadoma, że każdy film potrzebuje nowych planet, miejsc czy bohaterów. Ale gdy pojawiły się prequele, pojawiło się także wiele nici łączących je z OT: bohaterowie lądują na Tatooine, a w tle przechadzają się Quarrenowie, Twi’lekowie czy Kalamarianie. Nawet takie drobne nawiązania sprawiają, że czujemy, że to jedna galaktyka, jeden wszechświat. A nie, że nagle gdzieś poznikały nam rasy czy miejsca, które znamy.

Rasizm gatunkowy, wszyscy główni bohaterowie to ludzie



Adakus
W dobie wszelkiej maści poprawności i równouprawnień, zrozumiałe jest dostosowywanie się do pewnych populistycznych trendów. Jedne mają prawo być praktykowane, drugie może mniej. Nie będziemy jednak ponownie rozwlekać tematu większego udziału kobiet, czy aktorów o ciemniejszej i orientalnej karnacji, bo to już jest raczej normalny stan rzeczy. W przypadku tworzenia nowych filmów, przydałoby się pewne urozmaicenie grupy bohaterów, nie poprzez dodanie czarnego aktora czy Azjatki, a raczej stworzenia bohatera czy bohaterki będącego przedstawicielem obcej rasy, znanej z uniwersum. Raczej nikt nie miałby przeciwko, gdyby któraś z nowych postaci była przedstawicielem rasy Twi’lek czy Duros. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłych filmach twórcy zauważą tą jawną „dyskryminację” ras obcych.

ShaakTi1138
Czy kiedykolwiek, ktokolwiek zdecyduje się na stworzenie filmu z obcym w roli głównej? Już miałam powiedzieć, że nie, ale przypomnieli mi się „Strażnicy galaktyki”, gdzie w ekipie jest tylko jeden człowiek. A do tego to film pod kuratelą Disneya. Można? Oczywiście, że tak. Obcy sprawiają, że widz jest zanurzony we wszechświat, wszystko jest bardziej realistyczne i wiarygodne. Może jest gorzej z identyfikacją oglądającego z postacią, ale czy zawsze musi tak być? Owszem, można czuć się w pewien sposób bezpiecznie, czy nawet dowartościowanym, gdy mamy coś, co łączy nas z bohaterem. Ale czy nie jest też tak, że przeciwieństwa przyciągają? Że fascynuje nas to, co nieznane?

Słabo naszkicowana polityka galaktyczna



Lord Bart
Słabo? W Galaktyce minęło 30 lat, to zaledwie o sześć mniej niż cały timeline zaczynając od EI, a kończąc na bitwie o Endor. Skasowano EU, gdzie wszystko bardzo ładnie było wytłumaczone, że Imperium to faktycznie imperium, setki planet, dziesiątki regionów, wiele wojsk i flot nadal aktywnych, pomimo zniszczenia dwóch Gwiazd Śmierci i zgonów Imperatora oraz Vadera. Że walka nadal trwa i Nowa Republika nie jest samodzielnym liderem.

Co widać w filmie? Nic. Napisy początkowe w DWÓCH zdaniach mówią o tym, że First Order powstał z popiołów Imperium (czyli, że spalono je doszczętnie, tak?) i poluje na ostatniego Jedi, Luke’a Skywalkera oraz że istnieje jakaś Republika, która wspiera Leię przewodzącą Resistance w odszukaniu brata. Potem TFA w żaden sposób nie nakreśla wizji polityczno-militarnej Galaktyki. Gratuluję, warto było niszczyć EU żeby zobaczyć coś takiego.

ShaakTi1138
W ramach dygresji chciałabym przedstawić jedną rzecz z historii kultury. W średniowieczu ludzie skupiali się na swej duchowej stronie: oddawali cześć Bogu, umartwiali się, uważali ciało za brudne i grzeszne. Potem nadszedł renesans, a wraz z nim odrodzenie ideałów starożytnych. Oto nagle rozum stał się ważniejszy od wiary, a ciało zaczęto postrzegać jako dar od Pana. Sobór trydencki przyniósł kolejne zmiany: ogłoszono postulat powrotu do ideałów średniowiecznych. I barok faktycznie znowu zaczął odwoływać się do Boga… problem w tym, że po renesansie już się nie dało. Jak znowu pisać o nieczystym ciele, skoro niedawno było takie piękne? Jak pisać o marności ludzkiej miłości, skoro poprzednie pokolenie wyrażało się o niej w tak wzniosłych słowach? Cała epoka jest naznaczona tą dychotomią.

Per analogiam to właśnie chcę powiedzieć o sequelach: może w Oryginalnej Trylogii sprawdzała się formuła przygód bohaterów w bardzo małej skali… ale po prequelach już się nie da. Z filmu nie dowiemy się ani jak duży jest właściwie Najwyższy Porządek, dlaczego Nowa Republika sprzecza się z Ruchem Oporu (choć wprowadzenie trzech sił uważam za plus), a książki i komiksy do tej pory nie wyjaśniły zbyt wiele. Polityka nie jest straszna ani nudna. Oczywiście nie mówię, by epizody stały się transmisjami obrad Senatu, ale choć odrobina wiedzy dałaby przygodom naszych bohaterów większy kontekst.

Postawienie na naturalne środowiska



ShaakTi1138
Pisałam już o tym wyżej: fajnie jest powiedzieć, że się było „na Tatooine” czy „na Endorze” i nie mam nic przeciwko pokazywaniu w filmach pięknych czy przerażających miejsc z Ziemi. Sztuką jest znaleźć taką lokację, a do tego rozsławia ono dane państwo czy miasto. Ale jednocześnie taki zabieg straszliwie ogranicza możliwości pokazania innych niż nasz globów. Z inną grawitacją, warunkami atmosferycznymi, florą czy chociażby niebem.

Mało nowych maszyn

ShaakTi1138

Czy ktokolwiek wyobraża sobie używanie w czasach współczesnych telefonów-cegłówek? Bo ja tak odbieram to, co pokazano w TFA. Już nawet „Łotr” miał więcej maszyn, więcej inwencji, mimo że dział się tuż przed czwartym epizodem. To, że widzimy na ekranie TIE i X-wingi, jest tylko grą na sentymencie, a nie realistycznym ukazaniem tego, co mogłoby się zadziać w galaktyce przez trzydzieści lat.

Słabo słyszalna w filmie muzyka



Adakus
W filmie brak mi szczególnie mocnego utworu przewodniego, czym charakteryzował się każdy soundtrack z poprzednich filmów. Ścieżka dźwiękowa jest klimatyczna, poprawna, ale nic poza tym.

Kasis
Niestety należę do tych, którzy nie zostali w kinie porwani przez muzykę towarzyszącą filmowi. Doceniłam ją bardziej po parokrotnym przesłuchaniu, ale i tak nadal uważam, że w porównaniu z wrażeniem jakie potrafiły wywrzeć już przy pierwszym seansie kawałki z poprzednich soundtracków jest o wiele gorzej. Przykre rozczarowanie.

Lord Bart
Ponownie pozwolę sobie zacytować fragment mojej recenzji:Tu będzie krótko, bo i nie ma się nad czym rozwodzić. W całym filmie słychać klasyczne, legendarne motywy SW, które KIEDYŚ wyszły spod ręki Johna Williamsa. Natomiast jeśli ktoś liczył, że pojawi się tu coś na miarę, hmm, przykładowo „Duel of the Fates” – gratuluję. Ja chciałem tylko by „zwykłego” Williamsa nie ruszali. I to się stało. Natomiast nowości, coś co by można zagwizdać po wyjściu z kina – zero. Wiem, że wyszedł soundtrack, nawet przeglądałem track listę. Patrzyłem po tytułach, kojarzyłem sceny. Nic nie słyszałem, nic nie pamiętałem.

Lord Sidious
John Williams stworzył kolejną wspaniałą ścieżkę dźwiękową, którą słucha się z płyty bardzo dobrze. Jednak maestro ma już najlepsze lata za sobą. Nowe utwory, choć wciąż piękne, jednak nie potrafiły w filmie się wybić z tła. Nie były kolejnym bohaterem.

ShaakTi1138
Dla mnie Williams już dawno powinien przejść na emeryturę. Tak, nadal mam do niego ogromny szacunek, ale gdy powtarzające się nuty słuchać w „Ataku klonów” i „Harrym Potterze”, to znak, że materiał już się wyczerpał. Na mnie wrażenie zrobił jedynie utwór otwierający (ale to może dlatego, że emocje wzięły mocno górę) i motyw Rey na Jakku (przypominający mi chwytające za serce kompozycje z mojej ukochanej gry „Podróż”). Reszty nie umiem nawet nazwać, a co dopiero zanucić.

Tajemniczość projektu, niewiele wiemy o nim do dziś

Lord Sidious
O ile jeszcze można zrozumieć, że Lucasfilm chciał zachować jak najwięcej tajemnic do premiery, o tyle po niej jest to już kuriozalne. Na konwentach niewiele mówią o tym jak powstawały filmy. Książek na ten temat nie wydają. Informacji jest tyle, co kot napłakał. A o tym, co się dzieje z produkcją również niewiele wiedzieliśmy. Ta polityka może sprawdza się przy seriach, ale dla fanów jest to dość bolesne, bo nie mogą poznać szczegółów.

ShaakTi1138
Nie wiem na co Disney czeka. Być może na jeszcze jedną edycję specjalną wydania blu-ray 3D, by po raz kolejny wyciągnąć pieniądze od fanów (ale wszyscy wiemy: i tak to kupimy). Może to ma jakiś związek z tajemnicami epizodów ósmego i dziewiątego - może zwyczajnie jeszcze wszystkiego wyjawić nie można. Niemniej w chwili obecnej jest to denerwujące. Jedną z moich ulubionych starwarsowych książek jest „Zemsta Sithów: Album” wypełniona tonami informacji jak powstawał trzeci epizod. Spodziewałam się więc, że przy publikacjach z TFA będzie podobnie… i srogo się zawiodłam. Dokumenty na płytach też nie odpowiadają na wiele pytań, brak wielu artykułów w sieci… A szkoda, bo czeka na to wiele osób.

Kasis
Między innymi z tego powodu „Przebudzenie Mocy” pod wieloma względami sprawia wrażenie zaledwie wstępu do nowej historii. Wstępu o wiele bardziej lakonicznego niż „Nowa nadzieja” czy „Mroczne widmo”. Jakby właściwa historia miała się dopiero rozpocząć. Owszem znamy już trochę realia i bohaterów, ale po seansie pojawiło się chyba więcej pytań niż przed nim. A niektóre z tych niewyjaśnionych zagadnień nie wydają się wymagać aż takiej tajemniczości (np. sytuacja polityczna).

Kasacja starego EU



Lord Bart
Ale uczciwie mówiąc, to nie TFA skasował EU, tylko EU skasowano pod TFA. To niby jest to samo, ale często można pomylić przyczynę ze skutkiem.

Dla mnie kasacja nie jest złem samym w sobie, jest obrzydliwa patrząc na to co dostałem na miejsce Rozszerzonego Uniwersum.

ShaakTi1138
Ja już się z tym dawno pogodziłam, ale nadal wspomnienie tego dnia pozostanie jednym z najsmutniejszych w moim życiu. Straciliśmy wiele wspaniałych postaci i historii, które może wrócą, a może nie.

Wszystkie atrakcje weekendu 40-lecia znajdziecie tutaj.

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”: Nowi bohaterowie

20



W obu poprzednich trylogiach schemat trójki głównych bohaterów był dość prosty. Pierwsze skrzypce grał młody Skywalker, Luke lub Anakin, obok niego była królowa/senator lub księżniczka, z którą był związany, bo to żona albo siostra. No jeszcze ten trzeci, trochę starszy wiekiem przyjaciel. Mówiąc wiele o kopiowaniu klasycznego schematu w „Przebudzeniu Mocy” warto zwrócić uwagę jak mocno te archetypy bohaterów się tu przeplatają. Dziś przyjrzymy się bohaterom nowej trylogii, trochę przez pryzmat dwóch.



Imię: Rey
Zawód: Złomiarka
Rodzinna planeta: Jakku

Rey jest główną bohaterką nowej trylogii. Kobietą, która niczym obaj Skywalkerowie dorasta na pustynnej planecie. Nic dziwnego, to ona odgrywa w tym filmie podobną rolę. Początkowo Rey niewiele znaczy, ale w filmie obserwujemy głównie jej drogę, zwłaszcza w kontekście schematu campbelliańskiego. Dziewczyna jest rezolutna, wyjątkowa, drzemie w niej moc. Choć sama sobie dobrze radzi, to jednak brakuje jej wiary w siebie. Jest uwięziona, ale nie skuta łańcuchami. To co ją trzyma na Jakku to pewne przywiązanie i oczekiwanie na bliskich. Nie może rozwinąć swych skrzydeł, a widzimy, że by chciała robić coś więcej niż tylko zbierać złom. Wypisz wymaluj Luke czy Anakin. Luke by dawno odleciał z Tatooine, ale co na to wujek Owen? Anakin przecież nie może zostawić matki. Rey zaś czeka na swoich rodziców. Bez interwencji Mocy cała trójka zostałaby na swoim miejscu.
Rey odkrywa w sobie Moc, ale też wiarę we własne możliwości. Wyrusza na poszukiwanie Luke’a Skywalkera, ale to nie on jest tym, kogo szuka. Rey musi odnaleźć siebie.
W kolejnych filmach zobaczymy jak Rey wchodzi w dorosłość, dojrzewa emocjonalnie i psychicznie. Szkoli się w posługiwaniu Mocą. No i kto wie, może odkryjemy, kim są jej rodzice. Patrząc na wiele elementów to chyba ona powinna należeć do klanu Skywalkerów, ale zobaczymy, co wymyślą scenarzyści.



Imię: Finn
Zawód: Szturmowiec
Rodzinna planeta: nieznana

Finna trochę trudno dopasować do bohaterów poprzednich trylogii. Skoro Rey weszła w buty Luke’a i Anakina, to Finn byłby Leią/Padme? Księżniczką, ani królową na pewno nie jest. Owszem pojawia się między nim a Rey wątek romantyczny, ale Abrams nie rozwija go specjalnie.
O Finnie wiemy bardzo niewiele. Na pewno nie jest typowym bohaterem, w sumie wręcz przeciwnie. To tchórz. Dziecko wychowanym w ramach programu szkoleniowego Najwyższego Porządku.
Finn także nie wie o sobie wiele. Ale nie ma ochoty nawet szukać. Najchętniej zniknąłby gdzieś, daleko od wojny. Jednak ma też inną cechę, lubi wyolbrzymiać swoje zalety, kłamać. Opowiada, że jest wielką szychą. No i najważniejsze, potrafi podjąć pewne decyzje. Podejmuje też podobne wybory jak Han Solo. Ostatecznie wyrusza na pomoc przyjaciółce, choć właściwie mógłby po prostu zniknąć. Broniąc jej traci przytomność w walce z Kylo Renem.
Z pewnością się obudzi. Finn będzie musiał nie tyle odkryć kim jest, ale wybrać jedną ze stron swojej osobowości. Albo tchórza, albo bohatera. Kto wie, może także dowiemy się czegoś o jego przeszłości.



Imię: Poe Dameron
Zawód: Pilot
Rodzinna planeta: Yavin

Tu warto dodać, że początkowo nie była to postać znacząca. Miało go być mniej w filmie, ale zmieniono koncepcję. Jest pilotem, jak Luke (rozwala też Starkillera), jest trochę zawadiacki, jak Han. Odgrywa też miejscami podobną rolę. Nie brakuje mu brawury i pewności siebie, choć ta jak widzimy może go wpakować w kłopoty. Napyskował Kylo Renowi i niewiele z tego przyszło.
Nowy film będzie musiał rozwinąć tę postać. Zobaczymy na ile zawziętość i pewność siebie w jego przypadku są dobrą cechą, a na ile złą.

Imię: Kylo Ren
Zawód: Rycerz Ren
Rodzinna planeta: nieznana

Jedyny bohater, który wiemy kim jest. Syn Hana i Lei, wpatrzony w dzieło życia swojego dziadka. Czarny bohater, poniekąd pełniący trochę funkcję Dartha Vadera (czy mniej Maula). Tym razem jednak to nie wszystko. Ren jest mrocznym odbiciem Rey, obserwujemy jego ścieżkę. On nie kontroluje swoich emocji, nie potrafi być też do końca złym. Staje się pozerem, który coraz bardziej wchodzi w swą rolę, a przy tym jest silny Mocą.
Ostatecznie przechodzi na Ciemną Stronę, zabijając swojego ojca, odrzucając ratunek. Jest wściekły, że został tak łatwo pokonany przez Rey. No i Starkiller okazał się jedną wielką porażką, bo jak doniósł Hux, Ren nie znalazł droida.
To co jest najbardziej interesujące w tej postaci i co pewnie zostanie ujawnione, to co sprawiło, że dobre dziecko odrzuciło wszystko i zaczęło słuchać Snoke’a. Zobaczymy też na ile wybór Kylo jest dobry i ostateczny.



Imię: Artmitage Hux
Zawód: generał
Rodzinna planeta: nieznana

Jest już poza głównymi postaciami, ale w VII Epizodzie wciąż jeszcze jest istotny. Właściwie to pewna kopia Tarkina. Ma w pewien sposób stopować Kylo Rena, wiemy, że mają podobną władzę. Tyle, że w miejsce szorstkiej przyjaźni tu mamy konkurencję. Hux, podobnie jak Tarkin, jest technokratą i militarystą.
Fakt, że przeżył „Przebudzenie Mocy” jest dość zaskakujący. Raczej nie ma co liczyć na większy rozwój tej postaci.

Imię: BB-8
Zawód: droid
Rodzinna planeta: nieznana

Wierny towarzysz Poe Damerona, ale nie tylko. BB-8 odgrywa dokładnie tę samą rolę co R2-D2 i C-3PO. Jest jakby narratorem filmu. Kręci się między głównymi bohaterami, sam niewiele znacząc. Przy tym wszystkim udało się stworzyć wspaniałą osobowość, droida wiernego, oddanego, ale też strachliwego i takiego, który czasem potrzebuje pomocy. Nie bierze spraw w swoje obwody jak R2-D2.

Zaś wszystkie atrakcje weekendu znajdziecie tutaj.

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”: Przegląd teorii o Snoke'u

Przepastny Internet
31



Od niemal dwóch lat jedno imię spędza sen z powiek fanów, którzy choć raz widzieli „Przebudzenie Mocy”: Snoke. Niejednego z nas zastanawia tożsamość tajemniczego przywódcy Najwyższego Porządku. Bohater ten może nie rozpalałby tak bardzo wyobraźni, gdyby nie parę nielicznych faktów, które o nim wiemy. Najważniejszy z nich to czasy jego życia, Snoke bowiem był świadkiem powstania i upadku Imperium, z czego wniosek, że musiał urodzić się jeszcze przed „Zemstą Sithów”. Fani szybko przyjęli więc tezę zgodnie z którą wódz musi być jakoś powiązany z jedną z istniejących postaci.

Poniżej przedstawiamy kilka wybranych teorii o pochodzeniu Snoke'a, które albo cieszą się największą popularnością, albo są po po prostu ciekawe. Nie sposób przedstawić ich wszystkich, bo miłośnicy SW są w stanie udowodnić każdą tezę. Absolutnie każdą.

Snoke to Plagueis



Jak o tym pomyśleć, to teoria nie jest taka głupia, a przynajmniej wiele osób w nią wierzy. Właściwie ma najwięcej sensu ze wszystkich tu przedstawionych. O mistrzu Palpatine'a w nowym kanonie nie wiemy wiele ponad to, co przedstawiono w „Zemście Sithów” wraz ze słynną tragedią. Plagueis miał moc utrzymania tych, których kochał przy życiu, jednak zabił go własny uczeń. Ale czy na pewno? Może to Sheev się tutaj myli?

Dowody? Są ich oczywiście dziesiątki. Można na sam początek krzyknąć, że rasa się nie zgadza... ale tutaj wszystko jest kwestią tego, jak Disney potraktuje wolę Lucasa, który chciał, aby Sith był Muunem. I takowym jest w Legendach, ale nawet w „The Force Unleashed II”, gdy wczesna wersja scenariusza zakładała jego udział, eksperymentowano z jego wyglądem. Tak więc nowokanoniczny Plagueis może być po prostu przedstawicielem nowego gatunku, choć w pracach koncepcyjnych do TFA faktycznie wyglądał momentami jak mieszkaniec Muunilinst. EU prawdopodobnie będzie stanowiło inspirację i tylko (lub aż) inspirację - coś w duchu tego, co robił duet Lucas-Filoni w TCW, a potem sam Filoni w „Rebels”. Potwierdzeniem tego jest zdjęcie Andy'ego Serkisa, który na planie prócz swojego kostiumu do motion capture ma jeszcze laskę... bardzo podobną do tej, z którą przedstawiono mistrza Palpatine'a w parodystycznym „Tagu i Binku” (którego bohaterowie notabene pojawią się w „Solo”), a potem już w kanonicznych źródłach.

No dobrze, skoro przyjmiemy tezę, że rasa może być inna, to właściwie jaka była historia Plagueisa? Ano taka, że - jak jest to sugerowane w „Zemście” - mógł faktycznie nakłonić midichloriany do poczęcia Anakina. To by tłumaczyło jego późniejsze zainteresowanie Kylem, wnukiem Skywalkera. Potem okazałoby się, że wcale nie zginął z ręki ucznia, a to Palpatine przez cały czas żył w niewiedzy - niemniej, blizny, do tego duże, pozostały. Tymczasem Plagueis, znany teraz pod nowym mianem, zaszył się gdzieś w Nieznanych Regionach (co by tłumaczyło dlaczego Imperator był bardzo zainteresowany tym obszarem galaktyki) i powoli się odradzał po ich pojedynku. Widać to nawet na filmach - w „Przebudzeniu Mocy” ubytek na lewym policzku Snoke'a jest o wiele większy niż na teaserach „Ostatniego Jedi”. Przywódca Najwyższego Porządku używa cytatu Palpatine'a („Fullfill your destiny”), a może to Sheev pożycza od mistrza.

Są też aluzje na poziomie pozafabularnym, a mianowicie w muzyce. Utwór, który słychać w momencie opowieści o Plagueisie Mądrym, jest niezwykle podobny do motywu Snoke'a (tu można posłuchać obu). Złośliwi mogą powiedzieć, że to po prostu John Williams recyklinguje własną muzykę, ale coś w tym jest. Spójrzcie też na to wideo z panelu, na którym pada pytanie o Plagueisa. Isaac wygląda dziwnie, Ridley nieomal nie wypowiada zdania "Czy to S...", a Abrams i Kasdan wyraźnie unikają pytania.

Prawdopodobieństwo: Wbrew sceptykom, całkiem spore, a przynajmniej najbardziej logiczne. Jasne, Pablo napisał na Twitterze, że to nie Plagueis, ale chyba nikt się nie spodziewa, że jedna z większych tajemnic franczyzy wartej miliardy dolarów zostanie ujawniona w tweecie? Abrams również zaprzeczał jakoby Cumberbatch miał nie grać Khana w „Star Treku”.

Snoke to Palpatine



No dobrze, to skoro nie mistrz, to może uczeń? Fani tej teorii odwołują się do Legend, w których to Imperator zawczasu się przygotował na ewentualne zejście z tego świata i stworzył dla siebie swoje własne klony, do których mógł przenieść duszę. Dlaczego więc nie mogłoby być tak i tym razem? Snoke przecież przypomina wczesne wersje Imperatora w wykonaniu McQuarriego. Fani używają jeszcze powyższych argumentów z muzyką i wyborem Kyla na ucznia na poparcie właśnie tej tery, a nie Plagueisa. Ich zdaniem bardziej pasowałaby do Sheeva. Inna wersja głosi, że duch Imperatora nawiedził... płonące ciało Vadera. Stąd liczne blizny na twarzy dowódcy.

Prawdopodobieństwo: Raczej niskie. Jak by nie patrzeć, to owszem, Imperator spadł w dół szybu, a przecież znamy kogoś, kto taki upadek przeżył. Ale potem szyb, wraz z całą resztą, po prostu wybuchł. A nie mamy w kanonie żadnego dowodu, że Palpatine umiał przenosić swą duszę. Pozostaje również kwestia tego, czy Disney naprawdę chciałby recyklingować tę postać.

Snoke to tajny uczeń Palpatine'a/Vadera i/lub inkwizytor



„Zawsze dwóch ich jest” - wszyscy znamy Zasadę Dwóch, choć Imperatorowi nie zawsze było z nią po drodze, zarówno w starym, jak i nowym kanonie. W pierwszym akcie marvelowskiego „Vadera” widzimy, że Palpatine nie był zbyt zadowolony z porażki ucznia po Yavinie IV, więc zaczął sobie szukać nowych. Oczywiście żaden z nich nie przeżył... ale czy to znaczy, że nie mógł mieć gdzieś innych? Ukrytych przed wzrokiem imperialnych dygnitarzy, oficerów i samego Vadera? Mógłby go szkolić na wypadek swej ewentualnej śmierci. To samo tyczy się Skywalkera, który przecież w Legendach złamał Zasadę Dwóch i przyjął Galena Marka pod swe skrzydła. Inni fani mówią, że Snoke może być synem Palpatine'a, który okazał się porażką i został porzucony przez ojca gdzieś w Nieznanych Regionach. Tu znowu wracamy do kwestii zainteresowania Imperatora tym obszarem.

Bardzo popularna na początku „Rebeliantów” teoria głosiła, że Snokiem jest Wielki Inkwizytor, bo przypomina go fizycznie. Teraz już wiemy, że taka opcja jest wykluczona, ale przecież mógł być jednym z braci. No bo czy to nie przypadek, że historia o inkwizytorach pojawiła się w komiksach właśnie przed epizodem ósmym?

Prawdopodobieństwo: Średnie. Brzmi to całkiem nieźle, ale brak większych dowodów. Przeciwnicy tezy o uczniu mówią, że Snoke jest za stary na to, by uczyć się u Imperatora, ale jeśli był członkiem długowiecznej rasy? Z drugiej strony wersja z synem Palpatine'a wydaje się cokolwiek nieprawdopodobna.

Snoke to Mace Windu



Jeśli nie ma ciała, znaczy, że nie umarł. Od ponad dwunastu lat od premiery „Zemsty Sithów” fani nie ustają w prześciganiu się w wymyślaniu ostatecznego losu jednego z najpotężniejszych Jedi ery prequeli. A co, jeśli wcale nie zginął po upadku? Jeśli walka z Imperatorem zmieniła go tak bardzo, że zapragnął zemsty i żył nią przez te wszystkie lata?

Zatem musimy tutaj przyjąć założenie, że Windu faktycznie nie zginął, ale nie jest to nieprawdopodobne. Porażenie, utrata ręki i upadek z wielkiej wysokości - nie takie rzeczy przeżyli bohaterowie Sagi. Zresztą sam Samuel L. Jackson jest takiego zdania. Prócz tego, że nie ma ciała, jest jeszcze wiele innych dowodów. Błyskawica Palpatine'a na pewno pozostawiłaby na ciele mistrza liczne rany, może nawet wybieliła skórę (vide Palpatine) i uszkodziła struny głosowe tak, że zmienił mu się głos. Łysa głowa na poparcie tej tezy to tylko mało istotny szczegół. Ważniejszy jest jego wyjątkowy miecz świetlny. W starym kanonie kolory symbolizowały różne role, w jakie wcielali się użytkownicy Mocy i jest tak częściowo w nowym - na przykład Strażnicy Świątyni mieli żółte, a czerwona barwa sithańskich ostrzy powstawała po „wykrwawieniu” kyberu. W pewien sposób sugeruje to, że kolor miecza odzwierciedla osobowość użytkownika. A co powstaje po połączeniu błękitu broni Jedi z sithańską klingą? Fiolet. Innymi słowy, barwa owa sugeruje, że Mace tańczy na granicy ciemnej strony - i że jej się w końcu podda.

A zatem tutaj łatwo byłoby wytłumaczyć obsesyjne zainteresowanie Snoke'a Skywalkerami: przecież gdyby nie zdrada Anakina, Mace prawdopodobnie wygrałby z Sidiousem. Był to punkt zwrotny na jego drodze ku ciemnej stronie. Zresztą, istnieje też teza, że Mace był wrogo nastawiony w stosunku do Anakina, bo sam uważał się za Wybrańca. Kolejna mała wskazówka to jego charakterystyczny ruch podczas walki: szerokie cięcie na odlew (możecie je zobaczyć w tym filmie)... którego też używa Kylo Ren. A przy okazji, Finn jest synem Windu, tak mówią fani. Nie znamy przecież jego rodziców, a dodatkowo wydaje się dziwne, że całkiem nieźle poradził sobie w walce z Kyle'em mimo braku wyszkolenia. Może Moc przebudziła się nie tylko w Rey? Przecież Snoke mówi o przebudzeniu na długo przed tym, zanim dziewczyna używa mistycznej siły po raz pierwszy. Snoke vel. Mace był jednak zawiedziony swym dzieckiem, zatem rozpoczął poszukiwania innego ucznia. Znalazł go, ale nie chciał całkowicie porzucać syna, także dał go do programu szturmowców.

Prawdopodobieństwo: Średnie w dół. Teoria zaskakująco trzyma się kupy i może faktycznie mistrz przeżył upadek, ale Disney nie opędziłby się od zarzutów „wybielania” ciemnoskórych bohaterów, gdyby tak było. A to, że dwie postacie mają ciemną karnację, nie czyni z nich jeszcze rodziny.

Snoke to Ezra



To teoria wielce popularna zwłaszcza wśród zwolenników spisku na temat skasowania TCW. Czy to nie przypadek, mówią oni, że cieszący się niezwykłą popularnością serial animowany zostaje ni z tego ni z owego skasowany? Pół biedy, gdyby jeszcze wylali Filoniego i ekipę, ale nie: Disney zatrudnia niemal wszystkich i życzy sobie nowej serii z nowymi głównymi bohaterami. Serii, która dziwnym przypadkiem rozpoczyna swą emisję przed „Przebudzeniem Mocy”, a niemalże kończy przed „Ostatnim Jedi”. Serii, która wprowadza nam nowego młodego bohatera, który sporo flirtował z ciemną stroną, a który do tego był świadkiem działalności Imperium... widzicie trend? Serial powstał nie po to, by pokazać początki rebelii, lecz by przedstawić historię jednego z głównych czarnych charakterów trylogii sequeli.

Ale to jeszcze nie wszystko: Snoke jest dziwnie podobny do Ezry. To nic, że kolor skóry nie do końca się zgadza (zobaczcie wpis o Windu), wystarczy spojrzeć choćby na kształt ich twarzy, oczy, a nawet bliznę. Chcecie więcej? Proszę bardzo: na Malchorze Ezra dostrzegł miecz świetlny krzyżowy należący do starożytnego Jedi - no to wiemy od kogo Kylo czerpał inspirację. Złoty szlafrok Snoke'a i jego rzekome zamiłowanie do przepychu ma być formą kompensacji za pełne wyrzeczeń lata spędzone na ulicy. A może zastanawialiście się skąd właściwie nazwa „rycerze Ren”? Bo to nie byli początkowo rycerze Ren, głoszą zwolennicy tej teorii. Bridger, jak wiemy, podkochiwał się w Sabine, a pewnie w którymś momencie konfliktu ją stracił - czy to na wojnie, czy po swoim przejściu na ciemną stronę. Nie mógł jednak o niej zapomnieć, dlatego swą miłość przelał w nazwę rycerzy. Rycerzy Wren. „W” stało się potem nieme (i de facto takie jest) albo w taki czy inny sposób się zagubiło.

Prawdopodobieństwo: Średnie. Filoni jakiś czas temu zdementował tę teorię, ale robił już tak nieraz, a potem i tak wychodziło, że fani mają rację. Z jednej strony wydaje się wręcz nieprawdopodobne, by Disney stworzył tę postać tylko i wyłącznie na użytek jednego serialu. Z drugiej chłopak jest już raczej wolny od zakusów ciemnej strony, choć Taylor Gray sugerował inaczej. O ile oczywiście nie zdarzy się coś, co go złamie. Na przykład zniszczenie rodzimej planety.

Snoke to Boba Fett



Boba jest jedną z tych postaci, których dziwnie się unika w nowym kanonie (pojawił się w paru komiksach Marvela i w opowiadaniu czy dwóch), co może zwiastować, że coś większego czeka na horyzoncie, na przykład własna antologia. Ale są jeszcze ci, którzy mówią, że nie o to chodzi - że tak naprawdę najlepszy łowca nagród w galaktyce po prostu zmienił nieco profesję.

Cała historia wywodzi się z porównania TFA do „Anastazji” studia Dream Works. Pokrótce: carycówna Anastazja, która uciekła przed rewolucją 1917 roku w Rosji wychowywała się w przytułku nieświadoma swojego pochodzenia, lecz pragnąca opuścić to miejsce. Spotkała najpierw pociesznego pieska, a potem młodego mężczyznę (Dymitra) próbującego zapomnieć o przeszłości, który pomógł jej opuścić sierociniec i zwiedzić świat. Mieli wiele przygód, lecz ostatecznie została porwana przez Rasputina, który za całe zło świata obwiniał Romanowów. Widzicie podobieństwo? Rey jest tu zaginioną Solo, piesek to BB-8, Dymitr to Finn, a Rasputinem został Fett. Żeby nie było, że podobieństwo jest przypadkowe, to w „Więzach krwi” pojawia się pozytywka Lei, która wygrywa piosenkę dziwnie podobną do utworu „Ta melodia gra we mnie”, a o „Anastazji” mówił sam Jett Lucas.

A zatem: wiek Boby by się mniej więcej zgadzał. Przebywanie w żołądku sarlacca na pewno pozostawiłoby wiele blizn, nie mówiąc już o wybieleniu skóry. I z pewnością miał tam mnóstwo czasu na przemyślenia na temat swoich wrogów - Hana Solo i Luke'a Skywalkera. Jak mógł wywrzeć na nich zemstę? Przejmując kontrolę nad odrodzonym Imperium. Fani idą jeszcze dalej i głoszą, że w czasach „Przebudzenia Mocy” Poe tak naprawdę nie był dzielnym pilotem Ruchu Oporu, lecz szpiegiem posłanym przez wroga. Czemu? Ano bo Dameronowi udało się przeżyć ruchome piaski Jakku, zupełnie jak Fettowi na Tatooine, może więc miał skądś wiedzę jak to zrobić. Kylo Ren tak naprawdę był szkolony na władającego Mocą Mandalorianina (spójrzcie tylko na jego maskę), a Snoke tak bardzo chciał, by zabił własnego ojca, bo byłaby to zemsta idealna.

Prawdopodobieństwo: Bardzo niskie. O ile powyższe argumenty może jakoś trzymają się kupy, o tyle twórcy teorii zapominają o jednej ważnej rzeczy: Boba nie był wrażliwy na Moc. I to przekreśla wszelkie jego szanse, o ile oczywiście tak naprawdę bardzo dobrze się nie ukrywał.

Snoke to podróżujący w czasie Kylo Ren



Podróże w czasie i „Gwiezdne Wojny”? W Legendach było wiele takich prób, w nowym kanonie nie za bardzo, ale trzeba mieć otwarty umysł, prawda? Ta teoria zakłada, że Kylo zawsze miał pozostać na ścieżce światła, ale ciemna strona była tak silna, że „wyszła” z niego i dosłownie się ucieleśniła w postaci Snoke'a. Wówczas przywódca Najwyższego Porządku znalazł sposób na skontaktowanie się z samym sobą z przeszłości i zdecydował, że sprowadzi młodszą wersję siebie na ciemną stronę dużo wcześniej, między innymi przez zabicie Hana Solo. Trochę skomplikowane, ale tak z grubsza wygląda ta historia.

Twórcy tezy mówią o podobieństwie blizny Rena do tej, którą miał Snoke... i twierdzą, że otrzymamy scenę lustrzaną z „Jestem twoim ojcem”. Tylko tym razem nie padną takie słowa. Będą to raczej: „Nie Kylo. Jestem tobą”.

Prawdopodobieństwo: Bardzo niskie. Nie byłoby to może dziwniejsze od niektórych starwarsowych historii, ale czy Disney na pewno chciałby podążyć tą ścieżką?

Snoke to Jar Jar Binks



Nie słuchajcie Chucka Wendiga, Jar Jar nie został żadnym klownem. Cała teoria wywodzi się z innej, a mianowicie głoszącej, że Gunganin nie był niezdarnym idiotą, za jakiego się podawał, lecz mistrzem kamuflażu i ciemnej strony. Niezdarne ruchy? To tak naprawdę Zui Quan, styl pijanego mistrza. Bijąca z niego głupota? Ależ skąd, to tak naprawdę sztuczki umysłowe. Przecież wszyscy wiemy też, że to Jar Jar doprowadził Palpatine'a do władzy. Ahmed Best wyjawił, że jego postać faktycznie miała być zła, ale z uwagi na nienawiść fanów do niej, Lucas zrezygnował z tego pomysłu. Teza jest naprawdę rozległa, jak chcecie, wpadnijcie na Reddita.

Wariacji tej teorii jest wiele. Jedni mówią, że Binks nie przypomina Snoke'a, bo umie przenosić się pomiędzy ciałami i te należące do Gunganina zostało dawno porzucone. Inni twierdzą, że ciemna strona pozwala mu wytworzyć silną iluzję, której nie oprze się nawet Ren, dlatego nie wygląda na autochtona z Naboo. Jest jeszcze jedna ciekawa poszlaka: w trzecim tomie trylogii „Koniec i początek” Gunganin spotyka osieroconego chłopca... pokrytego bliznami. Więc może nie on sam jest Snokiem, ale go wyszkolił.

Prawdopodobieństwo: Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie.

Snoke była kobietą!



Jeśli jeszcze głowa Wam nie pęka od oparów absurdu, przenieśmy się głębiej. O Snoke'u wyraźnie mówi się jako o mężczyźnie, gra go mężczyzna... ale co, jeśli to wszystko spisek mający zamydlić nam oczy? Interesującego odkrycia dokonano po Piątku Mocy, gdy do rąk fanów trafiła figurka przywódcy NP od Hasbro. Po zdjęciu szlafroczka okazuje się bowiem, że Snoke ma... interesujące proporcje zwłaszcza w okolicach piersi i bioder. A przecież w fazie konceptowej rozważano uczynienie z niego niewiasty.

Może jego rasa po prostu tak wygląda. Niektóre kobiety mają naprawdę niskie głosy, a nierzadko aktorzy grają osobę płci przeciwnej. A może Snoke był/-a zmiennopłciowy/-a. Wszystko jest możliwe. A skoro tak, to otwiera się tu cały worek możliwości: że Snoke to Leia grająca na dwa fronty. Że Snoke to wskrzeszona Padme. Że Snoke to żona/dziewczyna Luke'a i jednocześnie matka Rey. Zresztą możecie wstawić sobie tu dowolną damę z Sagi.

Prawdopodobieństwo: Bardzo niskie i chyba nie wymaga to komentarza.

Snoke to gruszka



No dobrze, dobrze: nie gruszka, tylko shuura, ulubiony owoc Padme, którego lewitacją Anakin popisywał się przed ukochaną. Widzicie tę charakterystyczną linię na skórce? Wygląda zupełnie jak blizna Wodza. I logiczne jest, że Snoke-shuura chciałby zemsty za to, co zrobił mu Skywalker. Sam Rian Johnson pochwalił ten pomysł.

Prawdopodobieństwo: Bliskie równe zeru. Teoria pochodzi z Reddita Prequel Memes, miejsca o dość specyficznym poczuciu humoru.

Snoke to Snoke



Brzytwa Ockhama: najlepsze wyjaśnienie to takie, które posiada najmniej założeń. Mamy nową trylogię, więc logiczne, że złoczyńca też jest nowy. Konkretnych dowodów na powiązania z innymi postaciami brak.

Prawdopodobieństwo: Największe, ale... czy byłoby to satysfakcjonujące rozwiązanie? Po tych wszystkich dociekaniach czy nie byłoby rozczarowujące, gdyby się okazało, że Snoke to po prostu Snoke? Odpowiedź na to pytanie należy do Was.

Nie wiadomo jeszcze ze stuprocentową pewnością czy odpowiedź na pytanie o tożsamość przywódcy Najwyższego Porządku poznamy w nadchodzącym filmie. Być może będzie to jedynie kolejna okazja do mnożenia jeszcze większej ilości pomysłów lub potwierdzenia tych starych. A jakie Wy macie teorie o Snoke'u?

Wszystkie atrakcje weekendu 40-lecia znajdziecie tutaj.

Weekend 40-lecia – „Przebudzenie Mocy”

12



Kiedy jeszcze na planie „Nowej nadziei” w Tunezji Mark Hamill usłyszał od George’a Lucasa, że ten ma pomysł, by kręcić kolejną cześć w 2011, gdy Luke już będzie stary, aktor potraktował to jak żart. Lucas jednak nie żartował, pomysł ostatecznie właśnie się realizuje w postaci trzeciej trylogii. Jednak po drodze przeszedł bardzo długą drogę. Flanelowiec przez lata musiał określić swój stosunek do sagi. Początkowo chciał, by epizodów było więcej niż 12 albo 9, albo jeszcze inna ilość. Nie było to tak ważne. W końcu to miały być jedynie filmy na niedzielne popołudnie. Tyle, że saga ewoluowała i znalazła swoje miejsce w popkulturze. Ostatecznie dwukrotnie stała się wydarzeniem pokoleniowym. Może w mniejszym stopniu w przypadku prequeli, jednak nawet te filmy podążyły podobną ścieżką, co oryginały. Po „Zemście Sithów” zmęczony Lucas wydawał się skończyć pracę z sagą. Zresztą, wówczas nie raz opowiadał, że to już koniec. Chyba nawet przez pewien czas sam w to uwierzył. Ponownie potrzebował odpocząć od „Gwiezdnych Wojen”.

Gdzieś na przełomie 2010-2011 Lucas zabrał się za kolejne Epizody. Zaskoczyło to nawet jego syna, Jetta. Tyle, że tym razem George nie zamierzał wracać do reżyserowania. Chciał tylko tym wszystkim zarządzać i to też w ograniczonym zakresie. Miał pomysł, by przekazać sagę młodym filmowcom, a jednocześnie znaleźć dla niej dom. Podjął kilka kroków. Po pierwsze samodzielnie dogadał się z Markiem Hamillem, Harrisonem Fordem i Carrie Fisher, zaklepując ich powrót. Zatrudnił też Kathleen Kennedy, która miała przejąć od niego zarządzanie Lucasfilmem, no i jeszcze sprzedał firmę Disneyowi.



Nie do końca poszło tak jak sobie planował. Disney bardzo chętnie przejął nowe scenariusze, nowe filmy i Lucasfilm, ale potem dość szybko pociął skrzydła firmie. Nie ograniczył jej działania, nie wchłonął, raczej skierował na inne tory, niż planował to Lucas. Nic dziwnego, że George mówiąc o „Przebudzeniu Mocy” mówi wprost, że to nie jest jego film. To dzieło „chciwych producentów”. Fakt, że Lucas jest jednym z największych udziałowców Disneya i to on wybrał Kathleen Kennedy nie znaczy tu nic. To nie jest jego oryginalna historia, ale z tym ostatecznie George chyba się pogodził.

Scenariusz, jeszcze pod okiem Lucasa, zaczął pisać Michael Arndt. Przyszła jednak nowa miotła korporacyjna i tekst trafił w ręce J.J. Abramsa i Lawrence’a Kasdana. Zresztą były przeboje z wyborem reżysera, bo sam Abrams początkowo nie chciał się zgodzić. Stworzył jednak swoje póki co największe i najbardziej dochodowe dzieło, umiejętnie przekazał pałeczkę nowej obsadzie - Daisy Ridley, Johnowi Boyedze, czy Oscarowi Isaacowi. A przede wszystkim doprowadził do przebudzenia „Gwiezdnych Wojen”. Te, jak widać, mogą istnieć bez Lucasa.





Pierwszy klaps padł w Emiratach Arabskich. Abrams kręcił też w Irlandii i Wielkiej Brytanii (w tym w RAF Greenham Common).

Film jest wciąż nowy, Lucasfilm ma bardzo rygorystyczną politykę jeśli chodzi o informacje o nim. Ale w naszej bazie jest kilka ciekawych artykułów, nad którymi warto się pochylić.



To kolejny z naszych weekendów z okazji 40-lecia sagi, tradycyjnie zapraszamy też do specjalnego quizu.

Zaś wszystkie atrakcje weekendu znajdziecie tutaj.

„Przebudzenie Mocy” jutro w TVN

24



Już jutro (piątek, 17 listopada) o 20:00 TVN wyemituje „Przebudzenie Mocy”. Powtórka będzie 22 listopada (środa) o 22:55



„Gwiezdne Wojny: Część VII - Przebudzenie mocy” J.J. Abramsa to tryumfalny powrót do świata „Gwiezdnych Wojen”, pierwszy film od 2005 a zarazem pierwszy, który powstał po sprzedaniu przez George’a Lucasa Lucasfilmu Disneyowi. Choć twórca sagi początkowo naszkicował wstępną wersję tego filmu, jest to w całości nowe otwarcie.

Złe Imperium zostaje zastąpione przez Najwyższy Porządek, który chce władzy nad galaktyką. Plany wrogiej organizacji może pokrzyżować Ruch Oporu.

Występują: Harrison Ford, Carrie Fisher, Mark Hamill, Daisy Ridley, Oscar Isaac, John Boyega, Lupitan Nyong'o, Domhnall Gleeson, Peter Mayhew i Anthony Daniels.

„Przebudzenie Mocy” w listopadzie w TVN

41



Nie będzie to zaskakująca wiadomość, raczej dość wyczekiwana. „Przebudzenie Mocy” trafi do TVN już w listopadzie, jak podaje TVN Fakty.pl.



„Gwiezdne Wojny: Część VII - Przebudzenie mocy” J.J. Abramsa. zobaczymy 17 listopadza, czyli w piątek o godzinie 20:00.

Złe Imperium zostaje zastąpione przez Najwyższy Porządek, który chce władzy nad galaktyką. Plany wrogiej organizacji może pokrzyżować Ruch Oporu.

Występują: Harrison Ford, Carrie Fisher, Mark Hamill, Daisy Ridley, Oscar Isaac i John Boyega.

O zabiciu Hana Solo raz jeszcze

22

Niedawno pisaliśmy o tym, że George Lucas tworząc swoją wersję VII Epizodu od razu poinformował Harrisona Forda, iż Solo zginie. Okazuje się, że między pierwotnym zamysłem, a ostatecznym filmem przeznaczenie Hana się zmieniało. Być może o tym mówił George, gdy twierdził, że nie trzymają się jego scenariuszy?

Powoli znów wychodzą na jaw szczegóły „Przebudzenia Mocy”. Teraz ujawniono, że J.J. Abrams i Kathleen Kennedy bardzo długo debatowali nad śmiercią Hana Solo. Musieli się do niej przekonać, nie byli pewni czy chcą podążać tą ścieżką. Ostatecznie poprosili o konsultację w tej sprawie szefa Disenya, Boba Igera. Ten przyznaje, że miał na śmierć Solo niewielki wpływ, ale była to w większości decyzja Kennedy i Abramsa.



Domhnall Gleeson natomiast przyznał, że gdy dostał propozycję zagrania w „Przebudzeniu Mocy” zawahał się. Aktora zastanawiało jak wpłynie to na jego karierę. Większość ludzi marzy o tym by być sławnym, zwłaszcza w tym zawodzie. Gleeson patrzy na to trochę z innej perspektywy, ma sławnego ojca, doskonale wie jak to się odbija na życiu prywatnym. Domhnall wahał się, bo nie chciał za bardzo sławy. Bardziej zależy mu na tym, by być sobą, by móc wyjść normalnie ze znajomymi na piwo. Ostatecznie jednak przyjął rolę.

Sekrety „Przebudzenia Mocy” wychodzą na jaw

23

Premiera „Ostatniego Jedi” powoduje, że Lucasfilm zdecydowanie chętniej dzieli się informacjami na temat „Przebudzenia Mocy”.

Jeden z takich przykładów to planeta Jakku. Jakiś czas temu ujawniono jeden z pierwszych szkiców, gdy była to jeszcze planeta złomowsko.



Harrison Ford wspomniał, że o jego powrót w Epizodzie VII prosił jeszcze sam George Lucas. To wiemy, ale co ciekawsze jest to, że jak twierdzi Ford chyba już na pierwszym spotkaniu powiedziano mu, że Han Solo nie przeżyje tego filmu. Harrison miał podjąć decyzję, czy chce wracać. To zależało w całości od niego, uznał, że z jednej strony to będzie bardzo ciekawe z punktu widzenia postaci, z drugiej o jej śmierć kłócił się z Lucasem od bardzo dawna.

Billie Lourd, czyli córka Carrie Fisher wyznała, że to J.J. Abrams zadzwonił do niej i zachęcił, by wzięła udział w castingu do roli Rey. Wówczas nie mogli nikogo znaleźć. Ostatecznie rola przypadła Daisy Ridley, zaś Abrams zaproponował Billie małą rólkę porucznik Connix.

Nina Gold, dyrektorka castingu do Epizodu VII powiedziała natomiast, że gdy po raz pierwszy zobaczyła Daisy Ridley, wiedziała, że to ktoś wyjątkowy. Daisy miała na sobie fryzurę Lei z „Nowej nadziei”, ale pomijając to, była doskonała. Nina spotkała się z tysiącami ludzi ubiegających się o główne role, ale o Daisy nie potrafiła zapomnieć. Ridley miała w sobie tyle energii, zapału, miała w sobie coś. Potem Gold zdała sobie sprawę, że sprawdzili tylko jak Daisy gra rolę twardej i zadziornej. Dopiero później poproszono ją o zagranie sceny przesłuchania z Kylo Renem, gdzie Rey miała problemy. To zostało zagrane perfekcyjnie.

Archiwum wiadomości dla działu "Przebudzenie Mocy"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.