Forum

Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Sceny po napisach końcowych filmu - ludzie mają do nich bardzo różny stosunek. Jedni na nie czekają i przed wyjściem do kina się wypytują znajomych "Będą jakieś sceny po tym filmie i ile?", a inni uważają, że film powinien być dziełem skończonym między napisami początkowymi a końcowymi, w związku z czym scen po napisach nie tolerują.

W sumie sceny po napisach są od dawien dawna - może od początku kina, ale tego to nie wiem, bo aż tak się nie znam - ale ogromną popularność przeżywają właśnie teraz z filmami komiksowymi.
Jedną przypominam sobie z X-Men: Ostatni Bastion z 2006 roku, w kolejnych wczesnych filmach o X-Menach mieliśmy aż dwie w Genezie, a na dobre sceny po napisach rozkręciły się jak ruszyło MCU - Iron Man 2, pierwszy Cap, a zwłaszcza od Avengersów w górę, gdzie pojawił się trend, aby tych scen było kilka - gdzie już od dawna ludzie się wzajemnie wypytują, kiedy dokładnie ma być scena, ile ich będzie, w trakcie napisów czy po itp. - ale też trend, aby serie filmowe stały się czymś w stylu seriali, gdzie sceny po napisach są swoistym "Ciąg dalszy nastąpi".

Właśnie - różne serie filmowe. Bo teraz sceny po napisach wyszły poza filmy komiksowe i pojawiają się w wielu seriach: Obcy/Prometeusz, Power Rangers, Piraci z Karaibów, animacje i wieeeele innych. Czasami nawet w przypadku Gwiezdnych Wojen widzę pytania w stylu "A czy skoro to spin-off, to będzie scena po napisach?". Zresztą nie tylko spin-offy - nawet w przypadku TFA widziałem pytania o to, czy Abrams nakręcił taką scenę.
Najgorzej jednak jest wtedy, kiedy:
-część ludzi wychodzi z kina nieświadoma sceny po napisach, inni się z nich śmieją "to oni się jeszcze nie nauczyli?", a potem jest dramat, bo się przegapiło tą scenę
-ludzie czekający w kinie na scenę czekają na koniec napisów, a tu im operator w kinie wyłącza film jeszcze przed końcem napisów(zdarza się w małych miejscowościach)
-ludzie czekają na scenę, a pracownicy kina patrzą na nich wilkiem z wymalowanym na twarzy "Ile oni jeszcze będą siedzieć?"
-ludzie czekają na scenę po napisach, a tu się okazuje, że żadnej sceny nie będzie, jak w przypadku Logana - i to właśnie skłoniło mnie do refleksji...

Większość ludzi, włącznie ze mną, czekała na scenę po Loganie, a jak się okazało, że nic nie ma, to od razu "Gdzie scena?" czy "Co jest ku***?", a z tego co popytałem po znajomych, to całe mnóstwo ludzi znalazło się w takiej sytuacji Wtedy doszedłem do wniosku, że to trochę irytujące - mają być te sceny lub nie mają, a nie ma się za bardzo dowiedzieć gdzie, bo albo człowiek trafia na plotki i spekulacje, albo na newsa opatrzonego ostrzeżeniem "Uwaga spoilery!", którego z tego powodu się unika.

Z drugiej strony, można popaść też w taką przesadę jak w Strażnikach Galaktyki 2 - 5 scen, z czego jedna niby istotna(choć zależy od osoby), jedna zabawna, a reszta kompletnie niepotrzebna.

Przyznam, że jeszcze niedawno lubiłem sceny po napisach, ale ostatnio stwierdziłem, że po prostu nie chce mi się siedzieć aż do końca napisów by czekać, co dalej. Zwyczajnie - znudziło mnie to i zaczęło z leksza irytować.

Ale jednak warto zauważyć, jak napisałem wyżej, że w coraz większej ilości serii filmowych ten trend się przyjmuje. Czyżby więc to sceny po napisach miały wyznaczyć nowy kierunek kina?


Sceny po napisach to pozytywne czy negatywne zjawisko?
Chwilowa moda czy jednak przyszłość kina?
I czy w Gwiezdnych Wojnach też doczekamy scen po napisach sugerujących "To be continued..."?

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Vergesso napisał:
Wtedy doszedłem do wniosku, że to trochę irytujące - mają być te sceny lub nie mają, a nie ma się za bardzo dowiedzieć gdzie, bo albo człowiek trafia na plotki i spekulacje, albo na newsa opatrzonego ostrzeżeniem "Uwaga spoilery!", którego z tego powodu się unika.
-----------------------

http://aftercredits.com/

Wszystko jest, tylko trzeba umieć szukać. xP

Ja sceny po napisach lubię, często fajnie budują klimat i podnoszą zainteresowanie kolejnymi częściami. Ale ja to w ogóle oglądam filmy do końca napisów nawet jeśli żadnej scenki potem nie ma.

A po Loganie też pamiętam zdziwienie ludzi, że nic nie ma. xD Ja o tym wiedziałem, ale i tak celowo zostałem do końca.

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Nie znałem tej stronki, dzięki, bo przydać się przyda Inna sprawa, że jak ją przejrzałem to widzę jeden problem: idealna do filmów, w których jest jedna scena po napisach. Natomiast jak chcę się dowiedzieć, ile tych scen jest, to muszę sobie odsłonić tekst - a to tak czy siak oznacza narażenie się na spoilery.

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Pierwszy film w jakim sobie przypominam scenę po napisach, to Airplane! (Czy leci z nami pilot).

Po Spectre specjalnie zostałem do końca żeby zobaczyć czy nie będzie jakiejś sceny, która przywróci nadzieję.

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Zdecydowanie jestem za opcją, że film to skończone dzieło pomiędzy napisami początkowymi a końcowymi.

Scen po napisach nie lubię, bo nie wiem czy mam je traktować jako część oficjalnej historii, czy też jako luźny dodatek bez wpływu na fabułę i dalszy ciąg, czy też wręcz jako making-off lub wycięte w trakcie montażu odrzuty.

Nie wspominając o tym, że - czy te sceny się pojawiają czy nie - trzeba odsiedzieć w kinie jeszcze kawał czasu, zanim ten milion napisów przeleci.

Mam nadzieję, że w SW nigdy czegoś takiego nie będzie. Może w spin-offach by mi to nie przeszkadzało, ale jak mam sobie wyobrazić, że Disney robi następną trylogię i daje sceny po napisach... Brrr...

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Elendil napisał:
Zdecydowanie jestem za opcją, że film to skończone dzieło pomiędzy napisami początkowymi a końcowymi.
-----------------------
Ja również tak to widzę. Dopuszczam mieszanie scen początkowych z napisami początkowymi oraz dawanie "wpadek" obok napisów końcowych (ale tylko w filmach określonego rodzaju, np. komediowych).


Elendil napisał:
Mam nadzieję, że w SW nigdy czegoś takiego nie będzie. Może w spin-offach by mi to nie przeszkadzało, ale jak mam sobie wyobrazić, że Disney robi następną trylogię i daje sceny po napisach... Brrr...
-----------------------
Też mam taką nadzieję. Dodatkowe sceny po napisach końcowych w spin-offach jeszcze bym jakoś zniósł z racji charakteru tych filmów (tak samo jak w pełni zaakceptowałem brak charakterystycznych napisów początkowych w "Łotrze 1"), ale chciałbym, żeby pozostawili poszczególne trylogie w spokoju pod tym względem i przyjęli stary, dobry styl wykorzystany w oryginalnej trylogii.

Przy okazji tego tematu przypomniała mi się śmieszny moment podczas seansu TFA. Jak wychodziłem z sali kinowej to zatrzymałem się i odwróciłem jeszcze na ekran, bo usłyszałem coś, co przykuło moją uwagę. Tym "czymś" był motyw Rey grany na napisach końcowych. Dla takich wrażeń zostałem niemalże do końca napisów. Potem, jak wróciłem do domu, przeczytałem plotki, że niby po napisach była jakaś bliżej niesprecyzowana scena. Gdybym uwierzył na słowo plotkom bez źródła, to pewnie bym się wkurzył, że prawie do końca napisów tam stałem. ;D Ale na szczęście nie było nic takiego.

Re: Sceny po napisach - irytujący dodatek czy przyszłość kina?

Traktuj jako DLC

Nic nowego

Najpierw gwoli wyprostowania. To nie jest nowy trend. Pierwszy post-credit pojawił się w 1903 w „Napadzie na ekspres”. W starych Bondach bardzo często w napisach była informacja, że 007 powróci w … i tytuł filmu.

Ale do lat 70. XX wieku to nie było popularne z prostej przyczyny, najczęściej nie było napisów końcowych, tylko początkowe. Większość filmów zaczynała się od długiej listy napisów. Jak zobaczysz sobie głośne dzieła np. z lat 30. czy 40. to tam to bardzo dobrze widać. Filmy kończą się najczęściej napisem „Koniec” i tyle, dalej nie ma nic. Czasem jest tylko kilka, których na początku nie dawano.

W latach 70. pojawiły się nowe nurty w kinie. Kino Nowej Przygody bardzo tu pomogło. Fakt, że „Nowa nadzieja” zaczyna się od napisów początkowych, ale bez informacji o aktorach i twórcach, to było coś co nie wszystkim się podobało. Uznawano trend za niebezpieczny, bo degradował rolę filmowców. Ale to też było, coś co ludzie chcieli oglądać. Po co iść na film, jak przez pierwsze 5 minut nic się nie dzieje.

Pierwsze nowożytne postcredity pochodzą więc z komedii. „Muppety jadą do Hollywood”, „The Blues Brothers” czy „Czy leci z nami pilot?”. Chodziło cały czas o to, by z jednej strony, wciągnąć w miarę szybko widza w film, z drugiej uatrakcyjnić napisy końcowe. Pod tym względem uważam „The Blues Brothers” za majstersztyk, gdzie kwestia napisów jest mocno rozmyta z filmem i piosenką i jeszcze bardzo typową scenką po napisach. Potem scenki i żarty zaczęły pojawiać się w większej ilości filmów, im mniej na poważnie tym lepiej. No i w końcu przestano ograniczać się do komedii.

Prawdę mówiąc w „Mrocznym widmie” na koniec jest oddech Vadera, to też jest taki żart, zapowiedź dalszej części.

Dla mnie prawdę mówiąc ważniejsza jest dobra muzyka instrumentalna na napisach końcowych. To mi starcza. A scenka, jak jest to ok. Ale upowszechnienie się trendu powoduje jedną rzecz, robi się to najczęściej na siłę, a co za tym idzie nie ma pomysłu i przyjemności z rozwiązania.

Re: Nic nowego

Bo napisy powinny być w środku filmu i wtedy można by skoczyć po drinka czy do klopa.

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.